Piotr Stasiowski
MAŁPA CHCE BANANA

Takim podsumowaniem, uogólnieniem i uhonorowaniem miała być w założeniu wystawa pt. „Republika Bananowa”, organizowana przez Dolnośląski Festiwal Artystyczny pod egidą Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu, otwarta w galerii wałbrzyskiego BWA „Zamek Książ” pod koniec stycznia.

Problem z opisaniem wydarzeń z tamtego czasu pojawia się w momencie, gdy próbujemy zastosować generalizujące oceny dla szeregu indywidualności, współtworzących kolorowy kalejdoskop kultury „trzeciego miejsca”.

Termin ten, zastosowany przez Piotra Piotrowskiego w jego książce Znaczenia modernizmu, pozostaje do dzisiaj najbardziej bezpieczny, bo opisuje z dystansem konkretne manifestacje sztuki, mieszczące się dość luźno w interesującym nas tutaj nurcie.

„Trzecie miejsce” to miejsce alternatywne dla wynikającej li tylko z politycznego układu dychotomii rozpiętej między zaangażowanymi w instytucjonalny, a więc komunistyczny, dyskurs artystami starszego pokolenia a narodowo-mesjanistycznym charakterem sztuki, której polem działania stały się wówczas kościelne kruchty.

Piotrowski zauważa to krzywdzące dla wielu postaw czarno-białe (czy czarno-czerwone) rozróżnienie i stara się wskazać raczej na chromatykę trzeciego miejsca jako na najważniejsze pole starcia w sztuce lat 80., a jego pogląd w tym względzie podziela się dziś dość powszechnie.

Wojciech Włodarczyk w artykule Lata osiemdziesiąte („OBIEG” nr 11/1990) napisał: W nie do końca zrozumiałym dla nich [artystów trzeciego miejsca – P.S.] świecie bojkotu, przy niesłychanej presji określania wszystkiego w politycznych kategoriach czarne–białe, niezrozumiałym obowiązku zajmowania negatywnego stanowiska wobec komunistycznego reżimu, którym wszyscy – i oni również – pogardzali, najpewniejszy grunt widzieli w prostym geście malarza.

To nie był gest ekspresjonisty w historycznym znaczeniu tego terminu, to była raczej obrona swego ,,ponadpolitycznego ja”.
Ta wypowiedź zawiera jednak w sobie pułapkę, w którą znowu dali się wciągnąć nieliczni komentatorzy tamtego okresu. To, że niejako w kontrze do lat 70. artyści debiutujący na początku i w połowie następnej dekady sięgnęli do wcześniej zdegradowanego ideowo malarstwa, nie było cechą na tyle charakterystyczną, aby wyróżnić ich poprzez takie medium.

Malarstwo nie stało się wyznacznikiem nowego buntu, tak jak ekspresyjny gest malarski nie posiadał tej samej proweniencji, jaką daje się odczytać wśród „dzikich” malarzy niemieckich, francuskich czy amerykańskich. Owszem, podstawą funkcjonowania Gruppy czy Koła Klipsa było często wielkoformatowe malarstwo sztalugowe, fakt ten nie jest jednak konstytutywny dla określenia mianem malarzy ekspresjonistów całego środowiska związanego z subwersywnymi metodami wypowiedzi artystycznej.

Malarstwo poszczególnych artystów Luxusu przez lata funkcjonowało jako część kultury hipno, która była podstawową działalnością tej grupy, złożonej w większości – jak by nie było – z dyplomowanych malarzy. Co ciekawe, indywidualne postawy malarskie ujawniły się z całą mocą dopiero w chwili, gdy większość grup artystycznych znalazła się u schyłku swej kolektywnej działalności i gdy poszczególnymi talentami zainteresowali się marszandzi.

Lata osiemdziesiąte były tylko częściowo czasem dominacji malarstwa. Oprócz niego pojawiają się w tym okresie ciekawe tendencje w rzeźbie, o której specyfice decydował zarówno materiał, jakiego używali artyści, jak ich zainteresowanie kondycją człowieka schyłku PRL-u.

Nie zamykano się w tym czasie także na instalacje, sytuacje parateatralne czy manifestacje zaangażowane społecznie i politycznie. Podobnie jak we wcześniejszych dziesięcioleciach, artyści pisali odezwy, manifesty dotyczące sztuki, drukowali ulotki i artystyczne ziny, które miały zastąpić głód kolorowych ilustrowanych magazynów i katalogów reklamowych, przywożonych w pojedynczych egzemplarzach z Zachodu.

Takie właśnie działania artystyczne jestem skłonny uznać za pierwsze przejawy pop-artu w Polsce, który za jeden z koniecznych warunków przyjmuje funkcjonowanie kultury masowej, pozbawionej zaplecza transcendencji, lecz bogatej w kulturowe kody i odniesienia. Jakkolwiek trudno dziś do końca ustalić, jakie było rzeczywiste zainteresowanie wśród polskich twórców tym, co działo się w ramach zachodniego ruchu Neue Wilde (mimo pojawienia się pewnych analogii formalnych z ekspresjonistami), śmiem twierdzić, że faktycznym polem inspiracji, była polska recepcja pop-artu – z całym zapleczem krytyki fetyszyzmu towarowego.

Co ciekawe, na zachodzie często stawia się w kontrze te dwie tendencje. W Polsce, w wyniku wyjątkowej sytuacji, współgrały one ze sobą i dookreślały się wzajemnie.

Być może najważniejszą wartością wystawy „Republika Bananowa” będzie historyczny, bardzo precyzyjny dobór prac przez jej kuratorkę. Wychodzi ona naprzeciw wielu mitom, które narosły wokół twórczości „dzikich”, jak nazywa je sama autorka ekspozycji.

Wiele z prac stwarzanych było na potrzeby konkretnych wystaw, z nietrwałych materiałów, często niszczonych przez samych artystów, co również tłumaczy problemy z dotarciem do istoty zjawiska polskiej „nowej ekspresji”.

Tym samym zaproponowana przez Ciesielską ekspozycja staje się systematycznym polem analizy i porównań artystycznego dorobku „czasu marnego”. Myślę, że taka właśnie funkcja przyświecała idei ponownego zgromadzenia w jednym miejscu ponad 140 prac z lat osiemdziesiątych.

Brak jednak na wystawie pewnej lekkości, śladów tej idée fixe, jaka przed ponad ćwierćwieczem jednoczyła w jednym miejscu różnych artystów, którzy stwarzali totalne ekspozycje niemalże z niczego, łącząc je z muzycznymi imprezami i, typowym dla zbuntowanych młodych, nonszalanckim zachowaniem, takie jak choćby Ekspresja lat 80., Co słychać?, Realizm magiczny abstrakcja konkretna, czy plenery w Teofilowie bądź na Wyspie w Gdańsku.

Niemniej, ekspozycja na zamku w Książu staje się podstawą do rozliczenia z tamtymi postawami, spojrzenia jeszcze raz, po latach, z dystansem, na wartość ówczesnego zrywu, na próby stwarzania własnej rzeczywistości, zdolnej przeciwstawić się paradoksom i brutalności schyłkowego komunizmu. Być może potrzeba nam kolejnej takiej republiki, by móc przeciwstawić się nowym paradoksom aktualnej chwili.

Banany i irokez na głowie już chyba nie wystarczą.

Piotr Stasiowski



zródło: http://odra.okis.pl/