Łukasz Białkowski
WESOŁE JEST ŻYCIE STARUSZKA
Fakt, że grupa artystyczna istnieje przez ponad dwadzieścia pięć lat, nie jest niczym szczególnym. Listę przykładów można rozciągać
w nieskończoność. Muzea i galerie całego świata objeżdżają artyści związani np. z Fluxusem, Art&Language czy Wiedeńskim Akcjonizmem,
odcinając kupony od akcji, dzięki którym zaistnieli w latach 60. czy 70.
Trochę powspominają, posłuchają peanów na cześć swojej
twórczości i oklasków. Po czym jadą dalej. Obieg artystyczny już dawno ich wchłonął i wyrobił markę, z której szkoda zrezygnować.
Jeśli można zbić kapitał, nieważne czy symboliczny, czy ekonomiczny, należy to robić. Tak przynajmniej wygląda filozofia, która
wyznacza starzejącym się artystom los mumii przenoszonych z galerii do galerii. Te wizyty – najczęściej związane z objazdowymi
wystawami, które im więcej krajów odwiedziły, tym chętniej zapraszane są do następnych – cieszą się sporym zainteresowaniem.
Bo któż nie chciałby dotknąć i zobaczyć współpracowników Josepha Beuysa, przyjaciół Maciunasa czy pomocników Hermana Nitscha?
Wszak jak to trafnie ujął inżynier Mamoń: "Lubię piosenki, które już kiedyś słyszałem".
Rzecz jasna nie jest tak, że od ponad dwudziestu lat Łódź Kaliska "gra" wyłącznie melodie, których nie znamy. Istnieje stylistyka, która
bardzo silnie kojarzy się z działaniami tej grupy. Wiąże się z nią również pewien typ poczucia humoru. I jeśli komuś prace Łodzi Kaliskiej
podobały się dwadzieścia lat temu, jest bardzo prawdopodobne, że będzie lubił także to, co grupa robi obecnie. Można by więc powiedzieć,
że piosenki cały czas są te same, jednak...
W tekście napisanym przy okazji wystawy "Alementarz" Łukasz Guzek stwierdza, że głównym
wyznacznikiem działań Łodzi Kaliskiej jest dystans. Chociaż tekst Guzka budzi pewne wątpliwości, to jego zasadnicza myśl jest trafna –
kołem zamachowym działań Łodzi Kaliskiej jest permanentna zgrywa.
Robią sobie żarty z feminizmu, aktualnych mód w sztuce, sztuki już
uznanej, polskiego fasadowego katolicyzmu i samych siebie. Od ponad dwudziestu lat powodują ruch, który nie pozwala zakrzepnąć ani
samej grupie, ani opinii publicznej. Nie nazwałbym tego nonkonformizmem, to zbyt duże słowo i nie całkiem pasuje do kontekstu mniej
lub bardziej beztroskich działań Łodzi Kaliskiej.
Ale próba trzymania dystansu do tego, co aktualnie dzieje się w mainstreamie – nieważne,
politycznym czy artystycznym – wychodzi grupie na dobre. Chociaż od najmłodszych artystów pojawiających się w obiegu sztuki dzielą
ich dwa pokolenia, działania Łodzi Kaliskiej mają więcej rozmachu i świeżości niż przeciętna produkcja artystów urodzonych w latach 80.
Tak przynajmniej wygląda to z punktu widzenia dwudziestosześciolatka, którym jestem.
Młodzi artyści wychodzą z założenia, że sztuka jest takim samym rynkiem jak, powiedzmy, rynek motoryzacyjny. Trzeba znaleźć albo
stworzyć target i zaspokoić jego potrzeby – zabłysnąć nową linią nadwozia i wylansować nowy, zabawny kolor. "Tę brudną robotę"
najczęściej wykonują galerzyści, a artystom zupełnie to odpowiada. Wchodzą w grę z rynkiem sztuki i odpowiadają na jego potrzeby.
Co jest zupełnie OK, jednak niestety w większości przypadków ta zabawa kończy się nad wyraz smutno i gdziekolwiek się rozejrzeć,
wszędzie pojawia się wykwit gejowskich aktów, serii chłopięcych pocałunków, kolejne odsłony neobanalizmu a la Grupa Ładnie czy mniej
lub bardziej przemyślane wersje malarstwa postmedialnego.
Oczywiście, sztuka w znacznej mierze jest korbą do nakręcania potrzeb zamożnych i, mniej lub bardziej, znudzonych żon biznesmenów.
Problem rodzi się wtedy, gdy sami artyści rozumieją w ten sposób swoją funkcję i zaczynają zjadać własny ogon. Jak w cytowanym
wyżej filmie: patrzymy w lewo, potem w prawo i nic się nie dzieje. Dlatego, że warunkiem ruchu w sztuce jest znajdowanie dziury w
całym, czyli podważanie kategorii, które w danym momencie uznaje rynek.
Można to zrobić, jeśli zachowuje się dystans, a wtedy trzeba
się pośmiać ze sztuki i z samych siebie w roli artystów. Panowie Janiak, Rzepecki, Świetlik i Wielogórski bezbłędnie opanowali tę
umiejętność. Pewnie dlatego wystawy Łodzi Kaliskiej mają więcej energii i radości życia niż ugrzeczniona i nastawiona na rynek produkcja
młodego pokolenia.
To, co mam na myśli świetnie oddaje sposób, w jaki Łódź Kaliska bawi się z popkulturą. New pop – pomysł Janiaka, który zgrabnie
streszcza formuła Rzepeckiego: "duże cyce za małe pieniądze" – porusza się w kilku rejestrach.
Z jednej strony panowie z Łodzi Kaliskiej
jowialnie i bezwstydnie pokazują, że w życiu najbardziej lubią zdrowe, jędrne kobiece pupy i piersi, z drugiej strony pozostają blisko
swoich konceptualnych i dadaistycznych korzeni, czyli drażnią kogo tylko się da: bezbożne feministki i zagorzałych obrońców moralności,
po drodze wprawiając w zakłopotanie kuratorów.
W ten sposób ustawiają się w opozycji do światopoglądowych centrów – naznaczonej
feminizmem poprawności politycznej i bogoojczyźnianego katolicyzmu – jak też do samego systemu sztuki. Rzucają sprośny kawał, a
potem mają ubaw z tych, którzy się nie śmieją.
W tym roku Łódź Kaliska przypuściła zmasowany atak na przestrzeń publiczną. Ostatnio miała miejsce warszawska wystawa
"Instrukcja zabijania sztuki. W hołdzie A. Warholowi dla pieniędzy", a przedtem w Łodzi, Warszawie, Pradze i Krakowie pokazano "Alementarz".
Ta ostatnia wystawa jest zdecydowanie bardziej serio niż dotychczasowe ekspozycje grupy, przynajmniej od czasu, gdy weszła na
ścieżkę new popu.
Po obejrzeniu wystawy pomyślałem, że chyba bardziej wolę te prace Łodzi Kaliskiej, które – oparte jeszcze gdzieś na
konceptualistycznych założeniach – bawią się odniesieniami do historii sztuki i popkulturowych motywów, niż "Alementarz", w
którym panowie zabrali się za całkiem poważne zagadnienia. I smutno się zrobiło, że chcą na swoich barkach dźwigać ciężar narodowych
bolączek.
Ale po pierwsze, może taka jest kolej losu, że kiedyś trzeba choć trochę spoważnieć. A po drugie, tak czy siak, nie stracili
dystansu do robionej przez siebie sztuki i nie wpadli w moralizatorski ton. Podczas gdy różnej klasy przedstawiciele "sztuki krytycznej"
naczytali się Foucaulta, którego analizy ze śmiertelną powagą próbowali aplikować do polskich warunków, Łódź Kaliska – klasa sama
w sobie – nie zapomniała o poczuciu humoru.
Średnia wieku w Łodzi Kaliskiej to 55 lat. Nie ma co ukrywać, powoli panowie zbliżają się do wieku emerytalnego. Jednak życzyłbym
wielu świeżo upieczonym absolwentom ASP, żeby ich flirty z popem były choć w jednej dziesiątej tak niewymuszone, a eksploracje
konceptualizmu tak przemyślane jak działania Łodzi Kaliskiej.
Łukasz Białkowski
zródło: www.artpapier.com