Bitwa (trzydziestoletnia) pod Łodzią Kaliską
Joanna Ruszczyk


"Bóg zazdrości nam naszych pomyłek" - hardo stwierdzili członkowie Łodzi Kaliskiej u progu działalności grupy. I już trzy dekady wesoło walczą o wolność jednostki od ucisku społeczeństwa.

Połączyła ich wódka. - Jak weszliśmy z trzema kontenerami wódki organizatorzy się załamali - wspominają plener w Darłowie z 1979 roku, na którym grupa się zawiązała. Już po pierwszym wieczorze dostali upomnienie, a na trzeci dzień zostali wyrzuceni. Marek Janiak, Adam Rzepecki, Andrzej Świetlik i Andrzej "Makary" Wielogórski. Nazajutrz przenieśli się do pobliskiego hotelu "Bryza" i w tamtejszej restauracji kontynuowali artystyczne działania. Dołączył do nich Andrzej Kwietniewski. Właśnie wtedy w Darłowie odbyła się ich pierwsza wspólna akcja uliczna - "Przegrodzenie ulicy czarną wstęgą dla zrobienia zamieszania i odwrócenie uwagi w celu narzucenia białej płachty na grupę osób, skrępowania ich i walenia po dupach". Udało się wszystko.

Do dzisiaj grupa Łódź Kaliska, bodaj najdłużej działająca formacja artystyczna w historii sztuki, nie tylko polskiej, ale i światowej, robi niezłe zamieszanie. W tym roku stuknęło im 30 lat. Startująca dzisiaj wystawa w warszawskim CSW, na której panowie pokażą swoją najnowszą pracę dowodzi, że myślą o "dupach" nie mniej intensywnie, niż przed laty. Ich nowe przedsięwzięcie to 14 wielkich zdjęć golutkich pań - to kobiety pracujące, które żadnej pracy się nie boją.

- Sztuka bez kobiet jest po prostu uciążliwa, nie mówiąc o życiu - opowiadają artyści o nowej wystawie. Na fotografiach oglądamy więc kobiety w elektrowni, przy wylewaniu asfaltu i budowaniu drogi, w kamieniołomach, fabryce. To, że mają na sobie jedynie ochronne nakrycia głowy z pewnością nie zdziwi fanów twórczości Łodzi Kaliskiej. "Kochamy kobiety"- wielokrotnie deklarowali członkowie grupy odpierając ataki feministek. "Nike z Samotraki była, jest i będzie zawsze piękniejsza od jakiegoś gównianego pędzącego samochodu wyścigowego z jego tandetnymi błyszczącymi rurami wydechowymi" - pisze Marek Janiak w drugim już Manifeście Futurystycznym, który towarzyszy najnowszej wystawie w CSW. Nosi ona parafrazujący mistrza Kantora tytuł - "Niech szczezną mężczyźni". Tekst kończy łatwe do odszyfrowania hasło "ch.i.w.d". - pojawia się w wersji skrótu, by zbytnio publiczność się nie bulwersowała. - I tak mają go w CSW wyciąć, bo tłumacz nie wie, jak to przełożyć - ironicznie komentuje autor.

Do cenzurskich ingerencji i łatki "skandaliści" zdążyli się już przyzwyczaić. Ich próba personifikacji orła, godła narodowego, skończyła się sprawą w sądzie. Komuś nie spodobała się łódzka wersja symbolu narodowego. To młoda kobieta, konkretnie pewna piękna Aneta z Poznania w stroju Ewy z dziarsko rozpostartymi skrzydłami, które co żywo przypominają te widniejące na ojczyźnianych monetach. Na wystawie w Muzeum Sztuki w Łodzi panią orlicę można było na fotografii podziwiać jedynie odwróconą plecami.

Można więc oczekiwać, że obelisk ku czci grupy, który w ramach obchodów jej urodzin ma stanąć w tym roku w Darłowie, też będzie przedstawiał gołą piękność. Ale Łódź Kaliska lubi zaskakiwać. - W historii sztuki wyrzeźbiono już tyle pięknych kobiet, że nie chcemy konkurować - zapowiadają artyści. Pomnik ma mieć 30 metrów, czyli lata "pójdą" w metry. Tak im obiecał burmistrz. Ale znani z rozerotyzowanego poczucia humoru i dystansu do rzeczywistości artyści żartują: - A może będzie miał 30 cm? Na razie obracamy się w przedziale 30 cm - 30 m. Nie wykluczone, że przybierze kształt molo- ławki? Jedna, z odciśniętymi dupami panów, już powstała. Stała przez chwilę pod Bunkrem Sztuki w Krakowie. Zniknęła. Czyżby kogoś zbulwersowała?

- Bez przerwy się sztukę w Polsce morduje - narzekają artyści z Łodzi, dzisiaj zaliczani do klasyków polskiej awangardy. Czują się niedocenieni. Przyznają, że od lat próbują zaistnieć na światowym rynku sztuki i z niej żyć, ale jak dotąd im się to nie udało. Może stąd pomysł wysłania pisma do wojewódzkiego konserwatora, żeby zaliczył grupę do ruchomych zabytków i przeznaczył na ich konserwację jakiś budżet? - Będzie na fryzjera, kosmetyczkę, kremy, masaże… - planują z rozbawieniem. Pismo już jest gotowe, ma niebawem trafić na biurko urzędnika. Tak, jak przystało grupie, która od 30 lat szydzi z rzeczywistości, nadętego świata sztuki i samych siebie. Łódź Kaliska konsekwentnie zaciera granice między ową sztuką, a życiem, a przy tym narzeka: - W Polsce życie ze sztuki jest niemożliwe.

U progu XXI wieku zafundowali nowy kierunek polskiemu światu artystycznemu, New Pop. Przy tej okazji szczerze wyznali: " Łodzi Kaliskiej przydadzą się pieniądze po tylu latach" - wbrew powszechnej wiedzy znany łódzki klub przy Piotrkowskiej 102, który nosi ich nazwę, nie jest własnością artystów. Z ich polską wersją pop artu pojawiły się serie zdjęć rodem z reklam. Podziwiamy na nich (oczywiście) nagie, uśmiechnięte dziewczyny zalegające na półkach sklepowych czy w lodówkach firmowych Coca-Coli. Tym razem formacja zabrała się za zacieranie granic między sztuką, a reklamą. Sami artyści spieszyli z wyjaśnieniem nowego kierunku swoich działań: "Dobrze jest tworzyć sztukę wysoką, która jest reklamą. (…) Produktom przyda się nieśmiertelność, ponadczasowość i uogólnienie. Sztuce wysokiej przyda się tymczasowość, trywialność i dosłowność". Sięgając po język komercji i reklamy kontestują kolorową rzeczywistość rządzoną prawami rynkowymi - kult przedmiotów i konsumowania. Robią to z przekonaniem, że polskie społeczeństwo nie jest jeszcze przygotowane na erę konsumpcji i daje się jej pożerać. Pojawiły się ostre głosy krytyki, galerie i muzea nie chciały pokazywać kiczowatych prac z serii New Pop zarzucając grupie popadanie w komercję. To poważny błąd - nie można popu łódzkich artystów traktować dosłownie i prześlizgiwać sie po powierzchni ładnych fotosach nie widąc w nich groteski i cynicznego spojrzenia na rzeczywistość. A poza tym jaka to komercja: - Przecież nie sprzedajemy naszej sztuki lawinowo! - komentuje Marek Janiak

Ten cynizm pojawia się może i w takiej opionii nawiązującej do dzisiejszych lęków powszechnych: - Kryzys w Polsce trwa od XVIII wieku, a może i od zawsze. Wszystko, co w cywilizowanych krajach ma logiczny wymiar, przesłanki i spójną strukturę u nas szybko zamienia się w paranoję - mówią artyści. I narzekają na zapyziały romantyzm, w który nurza się polska edukacja, marginalizowanie sztuki i lekceważenie kultury. Niezadowolenie z ojczyzny czuje się w tych ostatnich projektach, Łódź Kaliska stała się społecznie zaangażowana w swoim, rzecz jasna, prześmiewczo- błazeńskim stylu. - Cudzysłów sztuki nic nie daje, to zbyt subtelne. Powoli rodzi się w nas potrzeba działań sprawczych. Może by trzeba zabić jakiegoś szczególnego idiotę? - żartują. Do tak ekstremalnych działań oczywiście się nie posuną. Wiadomo, nie zdradzą sztuki - w końcu o jej wolność walczą już kawał czasu. Z dobrymi efektami. "Łódź Kaliska posuwa sztukę do przodu" to rysunek Rzepeckiego z 1983 roku. Mężny młodzieniec posuwa tu, tzn. kopuluje z piękną dziewczyną, która porusza się na zabawnym kołowrotku.

W tym miejscu pora oddać artystom honory: w stanie wojennym zajmowanie się sztuka nie było łatwym zajęciem, a co dopiero posuwanie jej do przodu? Im się udawało i nic nie robili sobie z tego, że okrzyknięto ich bandą wariatów. Manifestowali wolność własną i wolność sztuki poprzez przeróżne prowokacyjne działania, żarty, drwinę. A to obrzucili kolegę po fachu golonką, a to kogoś oblali ruską perfumą. Na plenerze w Osiekach w 1981 roku zbudowali namiot z folii - świątynię sztuki żenującej. Chcieli sztuki żenującej zarówno odbiorców, jak i samych twórców. Tak przewrotnie atakowali napuszone środowisko artystyczne i sztukę konceptualną w jej schyłkowej fazie, według nich nudną i schematyczną.

Organizowali słynne plenery w Teofilowie, wydawali pismo "Tango", założyli "Strych", jedną z najważniejszych w latach 80. galerię, do której zjeżdżali się artyści z całego kraju, a nawet zza granicy. Tu miał swoją pierwszą wystawę Zbigniew Libera, tu przyjeżdżała słynna potem Gruppa i całe środowisko alternatywnej sztuki. Bywało po 300 osób. - Każdy robił, co chciał, ale nie było kurtuazji. Jak ktoś zrobił coś kiepskiego mówiło się od razu " spierdalaj, to jest chujowe, nie mamy czasu się tym zajmować" - tłumaczą artyści w naukowym języku estetyki. Bardzo poważne dyskusje o sztuce, festiwale kina niezależnego i niemego, robienie filmów, wystawy mieszały się z ostrymi balangami. - Byliśmy pokoleniem wódczanym, była wtedy poetyka picia wódki w sztuce, to było tak naturalne jak "dzień dobry". Komuna przyzwyczajała do picia, to był jeden z nielicznych momentów ukojenia bólu - przyznają. Od realiów PRL-u uciekli na "Strych" i beztrosko kpili z absurdów. Krytykowali sojusz czerwowo-czarny, czyli ówczesny nurt "sztuki przykościelnej" - dzisiaj jako kultowa określana jest praca Rzepeckiego z tamtego czasu "Matka Boska Częstochowska z domalowanymi wąsami".

"Strych" skończył się w 1987 roku. Życie stało się ciekawsze od samej sztuki i Łódź Kaliska na jakiś czas zamilkła. Wtedy powołali do życia "Muzeum Łodzi Kaliskiej" i zwrócili sie w stronę historii sztuki pastiszując ikony malarstwa polskiego i światowego- wielkie fotografie, na których pojawiają sie artyści otoczeni plejadą zazwyczaj roznegliżowanych kobiet to najbardziej znane ich dzieła. Ale nadzieja na normalne, przyjemne życie w Polsce szybko umarła. - Głupota narodu wzięła górę i wszystko zrobiło się takie, jak do tej pory, czyli gówniane - tłumaczy Marek Janiak.

Czy wtedy nadeszła ich chwila zwatpienia czy tylko raz jeszcze zakpili z "koneserów" sztuki także z samych siebie? Dwa lata temu zwrócili się bowiem w stronę własnych prac z lat 90., z których słyną, czyli fotograficznych pastiszy "Bitwy pod Grunwaldem", "Rejtana", "Sióstr"... Artyści postanowili unicestwić je i okleili hasłami: "gówno gówno gówno", "sorry" , "Poland kills art", serigrafiami z wizerunkiem muzy grupy pani Loni i etykietkami "Majonez kielecki" oraz "Pasztet Mazowiecki". Tak Łódź Kaliska stworzyła "Instrukcję zabijania sztuki. W hołdzie Andy Warholowi dla pieniędzy". W"Odzie do naroda" towarzyszącej tej wystawie pisali: "Andy (Warholu), gdybyś żył w Polsce umarłbyś (nie tylko z głodu)".

Mimo niesprzyjającej artystom sytuacji w kraju panowie nie poszli na łatwiznę, nie sięgnęli po puszkę zupy Campbell, a po rodzime produkty. Patriotyczny pop art. Pastisz pastiszów. Zgrywa ze zgrywy. Czyżby Łodzi Kaliskiej skończyły się pomysły i zaczęła się kręcić w kółko? Widać raczej w tych pracach dzikie niezadowolenie z realiów dzisiejszej Polski i bezradność wobec absurdów codzienności. Panowie nie kryją swoich opinii: - Mamy po prostu bardzo głupie społeczeństwo. I mówimy tu o establishmencie, o inteligencji, o środowisku akademickim, a w końcu i przede wszystkim o ludziach u władzy.

Dali temu wyraz w innym projekcie: " Identyczne bliźniaki trzy", odwołując się w tytułach zdjęć i inscenizowanych scenach bezpośrednio do świata polityki. Gołe panie, z czego dwie identyczne, witają widzów chlebem i solą ("Powitanie"), czy wzajemnie sobie doradzają ("Doradzanie"). Niektórym wyrósł czarny wąs a`la Hitler. Podpis: "nation is still going strong" wszystko tłumaczy. Odważna drwina z IV RP i obsesyjnie dumnych z polskiego narodu braci Kaczyńskich przeszła bez echa, żadnego skandalu nie było, co artyści odpowiednio komentują: - Nikt nie zareagował, bo może nikt nie zrozumiał? Poza tym wystawa była pokazywana w prywatnych galeriach, nie dotarła do żadnej państwowej instytucji.

A może to znak, że ich trzydziestoletnia artystyczna walka o wolność jednostki od ucisku społeczeństwa zmierza ku zwycięstwu? Do dzisiaj ta walka jest ich codziennością i ona cementuje wewnętrznie grupę, bo wchodząc w konflikt z otoczeniem potrzebują wzajemnej akceptacji. - Świadomość, że jest jeszcze kilku facetów, którzy myślą podobnie jest bardzo ważna.

Co nie znaczy, że się nie kłócą. Dyskusje na planach ich artystycznych akcji są płomiennie i żarliwe. Jest gorąco. A po skończonej robocie panowie wyliczają w procentach wkład pracy poszczególnych członków. Powstają zapiski, które traktują jak sztukę. - To jest kapitalne, bo to bardzo trudno wyliczyć. Za ideę dostaje się najwięcej procent. I każdy uważa się, rzecz jasna, za poszkodowanego. Tak życie miesza się im ze sztuką i dzisiaj.



Joanna Ruszczyk Newsweek