|
Łódź Kaliska na mieliźnie
Dorota Jarecka
Łódź Kaliska wywołuje z lasu dinozaura feminizmu i pokazuje, jaki to on jest straszny. Ma pupsko, cycki, a do tego jeszcze chce pracować w fabryce. Słynna artystyczna grupa proszona jest o powrót do rzeczywistości.
Od kiedy zobaczyłam zaproszenie na wystawę ze zdjęciem, na którym gołe kobiety w roboczych kaskach ciągną po ziemi jakieś części urządzeń, uwieszają się na wielkich pokrętłach, dźwigają stalowe rury, wypinając jednocześnie tyłki i cycki, ile tylko im starcza sił, miałam czarne myśli. Ale niech się Łódź Kaliska nie cieszy - nie dlatego, że się obraziłam albo uważam to za naruszenie norm obyczajowych czy tzw. moralności publicznej. Moralność dzisiaj dużo wytrzyma, publiczność też, pupy i cycki widać w co piątej reklamie.
Czarne myśli miały inne źródło. Przypomniał mi się nagle klimacik sprzed około dziesięciu lat, kiedy swoją aktywnością niejaki Janusz Korwin-Mikke zyskał tytuł Naczelnego Mizogina Rzeczypospolitej. To, co wygadywał on i podobni jemu o kobietach, łykali wszyscy prócz feministek. One pierwsze dały odpór bredni bez końca o tym, "kto tu rządzi" i jak powinno wyglądać tradycyjne polskie społeczeństwo, w którym kobieta przemieszcza się między kuchnią a sypialnią. Tego już dzisiaj nie ma, coś się pozmieniało, debata publiczna stoi na wyższym poziomie.
Na wystawie czarne myśli rozmnożyły się i przygniotły mnie zupełnie. Ta kiedyś niezależna, odważna, obrazoburcza formacja włożyła ogromną pracę w to, by powielić nudny i zużyty już dawno stereotyp. W Zamku Ujazdowskim jest jeszcze kilka tego typu panoramicznych zdjęć zaaranżowanych z udziałem nagich modelek. Modelki te zachowują się podobnie jak na zdjęciu już opisanym: w pejzażu leśnym ciągną po ziemi drewniane bale, w elektrowni naciskają guziki stacji rozdzielczej, przy drodze kopią rowy, u tapicera naprawiają krzesła, a wszystko to nago, byśmy nie mieli złudzeń, że to może mężczyźni. Gdyby były w uniformach roboczych, tak jak to się zdarza mężczyznom, gdy są w pracy, nie zwrócilibyśmy uwagi na płeć i cały dowcip by nie wyszedł. A tak od razu i bez pudła widać, że tam przy świdrze do betonu to kobieta, czyli właściwy człowiek na właściwym miejscu, cha, cha.
Łódź Kaliska wróciła do epoki prehistorycznej. Wywołała z lasu dinozaura feminizmu i pokazała nam, jaki to on jest straszny.
Rozumienie feminizmu, że chodzi w nim o to, by kobieta stała się mężczyzną, ma mniej więcej ten poziom trafności, jak rozumienie komunizmu przez to, że była to epoka, w której należało włożyć czerwony krawat i maszerować. Bardzo ciekawe byłoby wyjaśnienie, o czym naprawdę mówi feminizm, ale są książki na ten temat, gdzie można o tym sobie przeczytać. W tym miejscu bardziej interesujące jest, co się stało z grupą Łódź Kaliska na przestrzeni ostatnich 30 lat.
Zaczęli przecież świetnie. Swoimi akcjami, poetyką absurdu i zgrywy rozbijali zastygłe struktury władzy, języka i sztuki, wyśmiewali przyjęte normy, np. jak się powinien zachowywać artysta na plenerze, na festiwalu, w galerii. Ich bunt był równoległy do polityczno-artystycznej zadymy, jaką była np. Pomarańczowa Alternatywa we Wrocławiu i w Warszawie malarze z Gruppy. W 1980 napisali manifest Sztuki Żenującej, a potem manifest Sztuki bez Sensu, przedmiotem ich krytyki było namaszczenie, wiara w misję sztuki, w wyjątkowość artysty.
Tak, to prawda, co o nich piszą w ulotce wystawy: wyprzedzili zjawisko polskiej "sztuki krytycznej". Pod koniec lat 80. robili np. fotograficzne inscenizacje słynnych obrazów. "Wolność wiodącą lud na barykady" według Delacroix podpisali: "Freiheit? Nein danke", i to było prorocze. Bo przełomem dla nich, jak dla całej ówczesnej alternatywy był rok 1989. Co robić? Z czym tu teraz walczyć?
Łódź Kaliska orientowała się w swojej sztuce lat 90. trochę na politykę, a trochę na popkulturę, w końcu przeważyła popkultura. W zdjęciach, inscenizacjach, akcjach używali języka reklamy, śmiejąc się z niego oczywiście, ale też jakoś go afirmując. Coraz więcej w tym było kobiecego ciała, nagie modelki nie miały już tego sensu co kiedyś, kiedy były karykaturą tradycyjnego układu: mistrz i modelka. Teraz stawały się elementem zupełnie innej gry: w atrakcyjność, w podobanie się - i w tym momencie Łódź Kaliska, niestety, zaczęła osiadać na mieliźnie.
Obecna wystawa pokazuje, że ciągle tam tkwi, a postawa - jak to kiedyś opisali - "absurdalnie pozytywnej afirmacji rzeczywistości" była chyba przesadnie afirmatywna. Od afirmacji zawsze ciekawsza jest krytyka. Oczywiście pod warunkiem że będzie to krytyka czegoś, co istnieje. Kiedy prawdziwego wroga już nie ma, trzeba go wymyślić, bo bez wroga jest nudno i źle.
Czy taki musi być los awangardy, czy też może za mało było po drodze krytyki, za mało dyskusji, za dużo pochwał, może błędem były też kolejne jubileusze? Robione były najpierw dla zabawy, ale w końcu kultura festiwalu wyparła kulturę zgrywy, a dzisiejszy podtytuł "300 lat Łodzi Kaliskiej" to po prostu próba ratowania resztek rozsądku w ostatniej chwili.
Czy wszystko stracone? W to nie wierzę, czasem bardzo dobrze robi odcięcie się od własnych najgłębiej zakorzenionych przekonań i wyobrażeń na temat tego, co samemu uważa się za śmieszne, a także tego, co ludzie za śmieszne uznają. Trawestując tytuł znanej powieści, nie wystarczy być, trzeba również umieć się zmieniać.
Marek Janiak, Adam Rzepecki, Andrzej Wielogórski, Andrzej Świetlik,
"Niech sczezną mężczyźni. 300 lat Łodzi Kaliskiej", CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa,
kurator Marek Grygiel.
Dorota Jarecka
"Gazeta Wyborcza", 21. 01. 2009.
|