|
|
Łódź Kaliska i konserwatywny zwrot
Iza Kowalczyk
(...) Coś mi to przypomniało: dyskusje i polemiki na temat niedawnej wystawy Łodzi Kaliskiej w
CSW.
Dorota Jarecka słusznie zauważyła w swojej recenzji: "Łódź Kaliska wywołuje z lasu
dinozaura feminizmu i pokazuje, jaki to on jest straszny. Ma pupsko, cycki, a do tego
jeszcze chce pracować w fabryce. Słynna artystyczna grupa proszona jest o powrót do
rzeczywistości".
Recenzentka "Gazety Wyborczej" zauważyła uwstecznienie Łodzi Kaliskiej, brak polotu
(dowcip ma niby na tym polegać, że pracujące kobiety są kompletnie nagie), niby
atakowanie feminizmu, przy jednoczesnym braku jego zrozumienia. To dobry komentarz do
wystawy.
Nasłuchałam się od jednego znajomego krytyka, że Jarecka nie ma poczucia humoru (no
cóż, ten argument zawsze słyszą feministki...), a w ogóle to brakuje w Polsce prac, które
podjęłyby krytykę Political Corectness, a takie ponoć są prace Łodzi Kaliskiej.
Hm, ale żeby krytykować i śmiać się z PC, to najpierw trzeba może coś z PC zrozumieć, a
więc przerobić tę lekcję... Najlepszym dowodem tego, jak udana może być satyra na PC są
programy Sarah Silverman Ale to jest zupełnie inny poziom dyskusji. Nawet nasi rodzimi
"Włatcy móch", choć są satyrą na wszystko, są zdecydowanie bardziej do przodu.
Łódź Kaliska tkwi natomiast na etapie "Seksmisji" i zgodnie z tym obrazem rozumie też
feminizm (jako świat bez mężczyzn, tudzież jako kobiety na traktorach).
Trudno zresztą zauważyć w polskiej rzeczywistości, aby polityczna poprawność była
rzeczywiście dominującą doktryną. Jeśli staje się nią w języku oficjalnym, publicznym,
politycznym i dziennikarskim, to już duży krok do przodu. Proszę jednak porozmawiać ze
studentkami kierunków technicznych, rolniczych, a nawet filozofii. Zwykle trafia się
przynajmniej jeden wykładowca, który przywali uwagę o tym, że studentki i tak nie
zrozumieją wykładu, że kobiety powinny siedzieć w kuchni, albo, że u kobiet nie liczy się
inteligencja, tylko ładna pupa (to i tak w delikatnym wydaniu). Jakiś czas temu
rozmawiałam z jednym filozofem, który zajął miejsce innego - seksisty, który na każdym
wykładzie pozwalał sobie na durne żarty. I wiecie, co usłyszałam od następcy seksisty? Że
tamtego zwolniono, bo studentki nie miały poczucia humoru....
Cóż, pupa to trochę za mało na udany żart... Ja osobiście nie jestem zbyt wybredna, a
wręcz lubię głupie żarty w stylu "Monty Pythona", "Małej Brytanii" oraz wspomnianych już
"
"Włatców móch" i Sary Silverman. Dla niektórych to raczej nie jest zbyt wyrafinowany
humor. A jednak, jak Dorota Jarecka, nie dostrzegam nic śmiesznego w pracach Łodzi
Kaliskiej. Podobnie jak Joanna Niderla, która pisze o wystawie w najnowszym numerze
"Artmixa" porównując te prace właśnie z "Seksmisją".
I nie wiem, co niby w tym nowego i wychodzącego poza schematy z "Seksmisji" i
"Mobilkinga". A zresztą, ów krytyk broniący Łodzi Kaliskiej, twierdził, że prace Łodzi Kaliskiej
trzeba traktować umownie. No to, jak dla mnie, reklamy Mobilkinga też tak trzeba
traktować.
Te reklamy były tak bardzo przesadzone, przerysowane i przejaskrawione, że i mi zdarzyło
się przy ich oglądaniu roześmiać. A i te kobitki w reklamach były w coś tam odziane. Ja
jakoś nie umiem zrozumieć idei pracy fizycznej na golasa. Niby co z tego ma wynikać? Tak,
to ja już wolę Mobilkinga niż Łódź Kaliską. Przynajmniej nie udaje, że jest sztuką, tylko
sprzedaje usługi, robiąc oko, do lubiących kobiece ciało samczyków.
Panowie z Łodzi Kaliskiej pewnie też określiliby się samczykami, wszak twierdzą, że kobiety
są lepszym gatunkiem. Ja już nawet nie wiem, kogo oni bardziej dyskryminują, czy ukazane
kobiety, czy samych facetów...
Nic właściwie nie tłumaczy tej wystawy. No może poza jednym, a mianowicie, czymś, co
możnaby określić jako "konserwatywny zwrot".
O tym pisze też Igor Stokfiszewski na stronach "Krytyki Politycznej" (znakomity
komentarz!):
"Cóż takiego stało się w publicznym języku sztuki, że warszawskie CSW - galeria o renomie
instytucji wspierającej emancypacyjne nadzieje dyskryminowanych wspólnot - poświęciła
swoją intelektualną, instytucjonalną, finansową i artystyczną energię na przygotowanie i
propagowanie produkcji, opartej na horyzoncie wartości wyznaczanym przez mizoginię,
seksizm i rasizm? Jak bardzo publiczny dyskurs sztuki cierpieć musi na chorobę
infantylnego pluralizmu, by Centrum Sztuki Współczesnej pragnęło odnaleźć się w szeregu
instytucji dyskryminujących, wykluczających, nieczułych na współczesne zniuansowanie
indywidualnego poczucia niesprawiedliwości? Cóż takiego nastąpiło w ciągu minionych lat,
że ośrodek myśli krytycznej, za jaki uchodził Zamek Ujazdowski, zmienił się w przychodnię
dla podstarzałych mizoginów, afirmującą quasi-endecki porządek społeczny? Nie wiem...
Nie wiem, ale mam dla zacnego Centrum i kuratora Marka Grygiela pewną propozycję. A
może by tak postawić kolejny krok na bujnej glebie dyskryminacji i jebnąć wystawkę
antysemicką ze zdjęciami Żydów na wysypisku śmieci albo nie - homofobiczną!"
Igor ma rację, ale te prace są nie tylko mizoginiczne, seksistowskie i rasistowskie. Są przede
wszystkim filisterskie, ale również - "burżujskie". Czy jest tu jakiś szacunek dla pracy
fizycznej czy raczej robienie sobie z niej jaj? Ciekawa jestem, który z kolesi z Łodzi Kaliskiej
wytrwałby pracując jako drwal czy też rybak na morzu, na dodatek golutki "jak go pan Bóg
stworzył"?
Odpowiedziałabym też na zadane przez Igora pytania:
Wszystko wróciło do normy. Rewolucji w tym miejscu nigdy nie było, tak samo, jak
pewnych, bardziej radykalnych artystów. Po delikatnym wietrzyku różnorodności, który
wniosły prace krytyczne, feministyczne, z kręgu mniejszości seksualnych; znowu powrócił
na salony konserwatyzm, heteronormatyw - kroczący dumnie biały, heteroseksualny
mężczyzna, który odgórnie wyznacza trendy i określa znaczenia. W ślad za nim idą
przyklaskujące mu kobiety. Niech mi na przykład ktoś wytłumaczy, o co chodzi w recenzji
Małgorzaty Butterwick w "Obiegu" i dlaczego "Waginetki" Maurycego Gomulickiego są "be",
a prace Łodzi Kaliskiej takie "fajne"? Pisze ona o jakichś filtrach genderowych i upomina
Dorotę Jarecką, że przecież, Łódź Kaliska, to całkiem niezła sztuka.
Jasne, albo Ci dowalą, że nie masz poczucia humoru, albo, że nie znasz się na dobrej
sztuce. A Ty jesteś zacofana/lub zacofany, że odwołujesz się do feminizmu. Kogo to w
ogóle jeszcze obchodzi?
No więc, trzeba wprost powiedzieć, że taka wystawa i broniący jej krytycy, również
uprawiają ideologię. To ideologia konserwatyzmu, która w Polsce ma się niezwykle dobrze.
I było nie było, konserwatyzm jest jednak czymś dużo bardziej anachronicznym, niż
feminizm. Może więc to łabędzi śpiew za światem, który na szczęście odchodzi w
zapomnienie? (jako wyraz męskich lęków odczytał tę wystawę Adam Ostolski, ale i jako
swoisty backlash )
A więc to zatrwożony biały mężczyzna, który ma dość feminizmu i politycznej poprawności,
których jakoś tu wciąż brakuje... Może raczej boi się utraty swojej dominującej pozycji?
Biały samczyk, który chce widzieć i pokazywać kobiety jako białe pupy. A, jak się z tego nie
śmiejesz, to dostaniesz po łapach. Nie masz przecież poczucia humoru! A zresztą, o co w
ogóle Ci chodzi i czego się czepiasz?
I tak w kółko. Tutaj przydałoby się tornado, a nie powiewy różnorodności!
Mizoginizmu polskiej sztuki tak naprawdę nie badano. Jakoś żadna feministyczna
historyczka sztuki nie podjęła się przebadania pod kątem seksizmu sztuki Łodzi Kaliskiej
(choć znam jedną, która chciała, ale chyba nie mogła się za to zabrać, a szkoda, bo wiem,
że powstałby dobry tekst), albo chociażby twórczości "wielkiego" Jerzego
Nowosielskiego.
To obraz Nowosielskiego "Kobiety na statku" z 1953 roku. Ciekawy prawda? Jakieś
skojarzenia?
Zwrot konserwatywny, który obecnie zapanował w polskim światku artystycznym, to temat
na osobną dyskusję. I sprawa bardziej złożona. Jedni (np. The Krasnals) twierdzą, że
panują tu tendencje lewicowe, co jest jakąś totalną pomyłką. Bo to, co oni określają
"lewicowością", jest zwyczajnym neoliberalizmem. Ten z kolei, jak sądzę nałożył się na
konserwatyzm, który zawsze miał się w tym światku dobrze. Ten konserwatyzm
prezentowali ci, którzy atakowali sztukę krytyczną - i prawicowcy, i gamoniowaci krytycy,
którzy jakoś nic z niej zrozumieć nie mogli. A do tego cała rzesza artystów i krytyków,
którzy twierdzą, że ze sztuką wiążą się uniwersalne wartości, albo najważniejszy jest
warsztat i jakość wykonania (jakby to zresztą ktoś odrzucał!). Na salony wkracza Krytykant
ze swoim nadętym konserwatyzmem. Malarstwo ma się coraz lepiej. Tak, jak były, tak
wciąż cenzurowane są wystawy (choćby opisany ostatnio przypadek Żejmodzin). Nawet
wspomniani The Krasnals uprawiają swoją "ad-bustingową" działalność (strategię mają
bardzo ciekawą) właśnie z pozycji raczej prawicowych. Układanka składa się w
całość.
Wystawę Łodzi Kaliskiej można uznać za symbol tego konserwatywnego
zwrotu.
małgosia butterwick:
Czuję się 'wywołana do tablicy' więc odpowiem, ale tylko na uwagi skierowane
bezpośrednio do mnie. Do większości podjętych przez Panią w tym wpisie kwestii
odniosłam się już w swoim tekści, więc nie będę się powtarzać. Reprezentuję w nim spójny
i jasno jak myślę wyłożony punkt widzenia, a Pani wyjęte z kontekstu zarzuty wydają mi się
co najmniej demagogiczne.
Rozumiem też, że mój felieton nijak się ma do Pani wpisu, jak i do wielu innych tekstów na
ten temat, które, proszę wybaczyć, ale wyglądają jak pisane przez opracowany przez
centralę program komputerowy, posługują się dokładnie tymi samymi formułkami i kliszami
i wg. mnie nie wnoszą nic do dyskusji o sztuce - która jednak nie zawsze musi pokrywać się
z dyskusją o tzw. słusznych postawach społecznych. Zaznaczam, że zgodność z teorią
gender nie jest dla mnie żadną miarą jakości sztuki Z ZAŁOŻENIA, gdyż nie uznaję sztuki
jako narzędzia jakiejkolwiek propagandy. To oczywiście temat ogromny, a od niedawna
dyskutowany, i przyznaję tu sobie bardzo maleńki, ale jednak orderek uśmiechu :), gdyż od
dawna konsekwentnie krok po kroku drąże go w swoich skromnych tekstach. Tekst o ŁK to
kolejny krok na drodze zadawania pytań o to, czy aby na pewno sztuka jest właśnie tym, co
tak totalnie powinna zawłaszczać dyskusja należąca do innych sfer życia
publicznego.
Znam Pani postwę i zasługi dla tzw. sztuki krytycznej, szanuję i pozwalam sobie się w wielu
sprawach nie zgodzić. Fundamentalnie, po prostu. Rozumiem też, że w tym przypadku
mamy tu niewiele punktów zaczepienia do dyskusji oprócz mogących się pojawić łatwych
do przewidzenia 'szufladek'. Z góry jednak proszę o oszczędzenie sobie trudu, wyznaję tu
po prostu anarchię. Uważam sztukę za jedyne nam dostępne forum wolności, tej
'symptomatycznej', a nie dyskursywnej. Naiwnie, idealistycznie :)
Co do samego felietonu - nie pisałam że waginetki Gomulickiego są 'be', to raczej było
pytanie - dlaczego skoro są ok, to projekt ŁK nie jest? Różnicuję też obie prace wg. pojęcia
fantazmatu. Można to ciągnąć dalej i pytać dlaczego ok są np. projekty Vanessy Beecroft,
właściwie wszelkie te jakże liczne prace, w których mamy wprost do czynienia z kobiecą
nagością. Rozumiem, że wg. Pani liczy się tzw. intencja, z góry zakladając jaka jest intencja
artystow z ŁK - bo są facetami. W tekście argumentuję dośc dosadnie, dlaczego się z tym
nie zgadzam. 'Niewinne oko nie istnieje' - że posłużę się tym ładnym tytułem wystawy
Wojciecha Wilczyka. A bycie oglądaną/ym należy do niezbywalnej zasady przyjemności nie
podlegającej żadnym teoriom. Dlaczego broni się tak bardzo prawa do przyjemności w
duchu queer, a prawo do przyjemności heteroseksualnej kobiety zostaje wykluczone??
Zresztą projekt Łodzi jest wg. mnie niezwykle bliski campowej estetyce, tyle że wciąż
zamyka się w tak dzis niemożliwej do zaakceptowania przez 'poprawność' relacji hetero, za
to jest bliski znanej wielu kobietom fantazji. Seksualne fantazje kobiet to przecież bardzo
modny temat:). I nie wiem, dlaczego taka wizualizacja jest obrzydliwa dla ludzi, którzy
zachwycają się tą samą stylistyką, jeśli tylko zmieni się relacje płci. To jest dla mnie
wszystko jakiś dziwny objaw wypierania wciąż bardzo żywych zahamowań, tyle że przy
użyciu nowej, fajnej, maskującej wszystko retoryki. Fajnie jest np. pisać o pornografii,
zachwycać się nią...na piśmie, jako czymś zewnętrznym. To bardzo cool, i kobiety dziś mają
lubić porno, tzn. to dla kobiet (jakie? ;) Tylko co potem? Okazuje się, że konfrontacja w
sztuce z sytuacją erotyczną faktycznie opartą na voyeryzmie i pewnej (jednej z wielu)
perwersji budzi jakiś bunt. Teoretyczny, dyskursywny. Dziwne...
Co do 'pouczania' Doroty Jareckiej to w tekście brzmiało tak: "Wobec tekstu krytyczki
Wyborczej" pokuszę się natomiast o uwagę, że robienie przez Łódż Kaliską od lat tego
'samego' połączone z obserwowaniem, jak zmienia się świat wokół ich pracy - to całkiem
niezła sztuka". I biorąc pod uwagę intensywność odzewu wobec wystawy to myślę, że jak
najbardziej coś w tym jest...
Małgorzata Butterwick
iza kowalczyk:
Szanowna Pani Małgosiu,
różnimy się faktycznie w podejściu do sztuki, ale uważam, że Pani jest trochę
niekonsekwentna, pisząc: "nie uznaję sztuki jako narzędzia jakiejkolwiek
propagandy".
Natomiast w tekście w "Obiegu" jest taki fragment:
"Myślę jednak, że sama inscenizacja to jedynie tzw. myk, by wprost ukazać nagą prawdę o
królujących w sztuce ideologicznych trendach, oraz ich płytkość wobec tego, czym jest
faktyczna istota feminizmu, którego skuteczność nijak się ma do asekuracyjnych poczynań
artystycznych, a który to feminizm nie musi ujmować nic z naszego joie de vie!"
Ten fragment świadczy o tym, że prace Łodzi Kaliskiej są również ideologiczne, o czym
pisałam w powyższym wpisie. Skoro odnoszą się krytycznie do ideologicznych trendów,
między innymi w sposób płytki wykorzystujących feminizm, to znaczy, że są ideologiczne w
sensie zwalczania określonej ideologii w sztuce. Tym samym są propagandowe (tu:
konserwatywne).
Następna niekonsekwencja:
"'Niewinne oko nie istnieje' - że posłużę się tym ładnym tytułem wystawy Wojciecha
Wilczyka. A bycie oglądaną/ym należy do niezbywalnej zasady przyjemności nie
podlegającej żadnym teoriom."
Jeśli nie istnieje niewinne oko, to również kwestie bycia oglądanym i oglądaną podlegają
regułom kulturowym. I nie jest niewinna! Podobnie jak kwestie prawa do patrzenia i
doznawania przyjemności, bo zawsze pojawia się pytanie - o czyją przyjemność
chodzi?
Pisze też Pani, że prace te są bliskie seksualnym fantazjom kobiet (czyli niby chodzi o
przyjemność kobiet, tak?). To ciekawe stwierdzenie. Ja nie mam fantazji, żeby pracować
nago np. jako drwalka z innymi nagimi drwalkami, ale może są kobiety, które takowe
mają... (???). To faktycznie zastanawiające.
Ale, jak dla mnie, tutaj zawarte są tylko i wyłącznie seksualne fantazje twórców.
Jeśli chodzi o przyjemność, to warto zapytać, czyja przyjemność? (znowu - nie istnieje
niewinna, uniwersalna przyjemność). Jakoś w tekstach i Doroty Jareckiej i Joanny Niderli
nie widzę, by odczuwały przyjemność, ale wręcz odwrotnie - przykrość.
Z czego ta przykrość może wynikać? Ano, na pewno zna Pani takie powiedzenie: jeśli
denerwuje Cię nauczyciel i nie możesz go znieść, wyobraź go sobie nago. Nagość w naszej
kulturze wiąże się też ze znaczeniami ośmieszenia. A tutaj sportretowana jest jakaś
uniwersalna kobieta nago. Komunikat jest dość jasny.
Jeśli chodzi o pornografię, są różne jej gatunki. I dlaczego właściwie kobiety nie miałyby
lubić jakichś jej gatunków? Tyle, że w pornografii chodzi o podniecenie się (różni ludzie
podniecają się przy różnych przedstawieniach). A tu właściwie niewiadomo o co chodzi
(przypomnę, że rozmawiamy niby o sztuce) i nie wiem też, o czym miałby świadczyć Pani
argument o pornografii????
Pozdrawiam serdecznie
zaklad slusarstwa koncepcyjnego, torun:
Szanowna Pani Małgorzato.
Oczywiście nie jesteśmy Panią Izą, więc rozumiemy, że może się Pani po prostu nie chcieć
nam odpowiadać.
Niemniej jednak mamy wobec Pani kila zarzutów, lecz natury bardziej retorycznej, niż
"politycznej"
1. Cytat z Pani tekstu w Obiegu
"Pominę więc cały bujny jak ciała muz kształt dyskusji oglądanej w przewrotnie zalecanej
przez kuratora wystawy perspektywie feminizmu i gender - ona już zostala
wyczerpana"
Więc kurator ZALECA (nie interesuje mnie czy "przewrotnie") aby odczytywać wystawę w
perspektywie genderowej, lecz okazuje się, że nie powinniśmy tego robić, bo Pani się to nie
podoba i uważa Pani, że to nudne?
2. W komentarzu pisze Pani "Co do samego felietonu - nie pisałam że waginetki
Gomulickiego są 'be', to raczej było pytanie - dlaczego skoro są ok, to projekt ŁK nie jest?"
Rzeczywiście, nie mówi Pani dosłownie, że waginetki są "be". Dojśce do tego wymaga
pewnej dekonstrukcji Pani wypowiedzi. Cytuję z Obiegu:
"to, co tu piszę jest w sumie próbą odkłamania pewnej hipokryzji.
Bo to, co faktycznie zdaje się bulwersować w projekcie Łodzi Kaliskiej to fakt, że kobiety
dają się" tak fotografować. Tak jak w reklamie Mobil Kinga, jak w Playboyu. Otóż nie
całkiem tak samo. Bo, po pierwsze, na uczestnictwie w projekcie raczej nie da się zarobić" -
ani materialnie, ani medialnie. Jasne jest, że muzy ŁK to nie tzw. modelki. Są po prostu
różne, jak to ludzie. Bo w przeciwieństwie do choćby waginetek" Gomulickiego, atakujących
nas w ostatnim drukowanym Obiegu", nie są bezosobowym fantazmatem w różnych
kolorach, ale sobą"
Stawia więc Pani w jednym szeregu Mobilkinga, Palyboya i "waginetki", więc zapewne
chodzi Pani o to, że kobiety w stereotypowych "nagich" przedstawieniach są traktowane
przedmiotowo, co zasadniczo powszechnie uznane jest za "niefajne" jeśli już się przyjmie do
wiadomości to uprzedmiotowienie (czyli nudne, genderowe zrzędzenie), więc stwierdza
Pani, że waginetki są "be" Q.E.D.
Poza tym mówi Pani, że one "atakują" nas z Obiegu, co nie jest żadnym zarzutem, ale w
pewien sposób "ustawia" czytelnika, więc proszę się nie dziwić, że ktoś wyciąga z tego tyle
że waginetki są "be"
3. Dlaczego wg Pani "zwykłość" nie miałaby być kolejnym fantazmatem, równoprawnym
wobec fantazmatu "playboyowskiego"? Wielu mężczyzn może być znudzonych plastikowymi
kobietami w reklamach, które często wyglądają jakby na coś chorowały. Łatwo zrozumieć,
że plastikowe, chore lalki mogą nie podniecać. Do tego potrzeba czegoś bardziej
"namacalnego". To po prostu taki bajer: "to są prawdziwe kobiety, bez fotoshopa, dlatego
są fajne" Dla widza te kobiety są tak samo anonimowe jak te plastikowe w
reklamach.
iza kowowalczyk:
Świetny jest ten argument o fantazmacie "zwykłości" - "zwykłego" czy też "zwyczajnego"
ciała/wyglądu.
Było w komentarzach o pornografii, ponoć jest całkiem duży jej dział, który ukazuje właśnie
takie ciała: niedoskonałe, nieszczupłe, z jakimiś wadami, bo ma to dawać takie wrażenie
"rzeczywistości" (zresztą pewnie dotyczy to też tzw. pornografii domowej).
I myślę, że chodzi właśnie o różnice pomiędzy światem plastikowych idealnych ciał a
wrażeniem "rzeczywistości". W tym przypadku, jeśli tworzy się takie wrażenie, to wymowa
jest dość jasna: te kobiety są jakby bliższe widzowi, bardziej dostępne (w przeciwieństwie
do niedostępnych bóstw z photoshopa), są jakby na wyciągnięcie ręki, łatwe do złapania, a
wypięte pupy, które na wielu zdjęciach znajdują się jakby najbliżej widza, to już nic innego,
jak zachęta do seksualnego obcowania...
Co do tej "zwykłości" - kojarzy mi się też to, co pisała Lynda Nead: nie ma nagiego innego
poza reprezentacją. Zawsze jest jakaś konwencja przedstawiania/wyglądu.
W tym przypadku to też konwencja. O tym pisze Niderla w "artmixie": "Łodz Kaliska to
koneserzy dużych rozmiarów" (czyli nie są to zwykłe ciała, ale ciała wyraźnie określone
zainteresowaniem twórców).
Ja bym w ogóle chciała wiedzieć, co jest w tych pracach niby nowatorskiego,
wartościowego artystycznie. Jak dla mnie, z artykułu Pani Małgorzaty, to nie
wynika.
Gość: http: video-art.pl:
Zastanawiam się czy prace Łodzi Kaliskiej kiedykolwiek były inne. One chyba zawsze były
pod włos i tylko włos był różny. Ostatnio mówią o konsumeryzmie i ciele kobiecym jako
towarze. Czy to trudne do pojęcia? Nie jest to grupa dla mnie "kluczowa" ale raczej pewne
ekstremum w stylu Palikota, czy Kurskiego, które jest potrzebne by wywoływać demony
zacietrzewienia ;)
Jednak Łodzi Kaliskiej nie posądam o nic innego niż o
bazowanie na szoku. Szok irreligią przeżyliśmy - teraz Wy drogie Panie robicie szum
potrzebny grupie do bycia znów w centrum. Osobiście uważam, że ktoś kto broni Pasji
Doroty Nieznalskiej a krytykuje pracę Łodzi Kaliskiej powinien używać uspójnionego języka.
Cios nieznalskiej jest prostacki a cios Łodzi Kaliskiej z wielkim mrugnięciem. Wolę Łódź
Kaliską. Czemu? Sprowokowanie środowisk konserwatywnych to rzecz banalnie prosta.
Sprowokowanie na terenie sztuki osób które tworzą jej najnowszy paradygmat to już coś.
Pani Izo - lubię Pani blog i czytam, ale tutaj emocje zagrały - może więcej dystansu do
ideologii?
malgosia butterwick:
Sznowna Pani Izo i Drogi Zakładzie Ślusarstwa!
już się ucieszylam widząc tę nazwę że to kolejna propozycja do nagich igraszek w
industrialnej scenerii...szkoda....
Jednak na pewno nie nazwałam nikogo 'zwykłymi kobietami'! To już Wasza jakże
pokrzepiająca dygresja która tylko obnaża kolejny schemat - że trzeba tak wciąż
uświadamiać, że kobiety nie muszą być w rozmiarze 8. Tylko błagam nie róbcie więcej
projektów z tłuszczem!
Dla mnie to jasne, że różne rzeczy mogą kręcić. A w projekcie są nie tylko XL/ki. W sumie
ten wątek nie wydaje mi się jednak najważniejszy.
Pochlebia mi jednak tak drobiazgowa analiza.
0. Mój tekst jest raczej odniesieniem się do szerszego zjawiska niż sam projekt ŁK. To co
najbardziej w nim cenię to totalna irrewerencja i absurdalność towarzyszącej retoryki do
samego dzieła. Dla mnie jest to bardzo atrakcyjne artystycznie, a niemal nieobecne w
dzisiejszej sztuce, która wszystko nam ładnie ilustruje i tłumaczy.
1. Nowatorstwo? Przecież już się 'zgodziliśmy', że ŁK od lat robią 'to samo'. Kiedyś było to
nowe i awangardowe, a wesołe nagie muzy jakoś nikogo nie bulwersowały (co najwyżej
tych, co 'nie rozumieli sztuki', ale wtedy kto w ogóle wiedział o tej sztuce?). Teraz czasy się
zmieniły, sztuka jest modna i szeroko dyskutowana, a muzy bulwersują (oczywiście
dyskursywnie, nie moralnie, tfu;), za to paradoksalnie możnaby mieć wrażenie, że wszyscy
od nich zerżnęli, bo golasów w sztuce mnóstwo. M.in. o tym był mój tekst. O jawnej
dysproporcji ocen. Że na 99% golasów nikt się nie 'obraża' i nie jest mu/jej (np.
p.Jareckiej) przykro, a na te akurat tak. Dla mnie to jest meganiekonsekwencja! I jest to
faktycznie ciekawe, bo...
2. sztuka nie jest może najlepszym miejscem do szukania konsekwencji i logiki. Ale warto
dyskutować o tym, co się w niej objawia, nie koniecznie przykładając doń dyskursy
tworzone na zewnątrz niej samej.
3. Pani Izo, oczywiście zawsze i wszystko co dzieje się wokół nas można rozpracować w
oparciu o wybrany i dobrze opanowany arsenał ideowy i retoryczny. Za taki uważam teorię
gender. Nie wyczerpuje ona jednak całej 'prawdy' (sorry za tę 'pompę') o człowieku i
wzajemnych ludzkich relacjach, jest tylko jednym z narzędzi jej poszukiwania, czy też
interpretowania. Są też inne, mniej intencjonalne, a drążące głębiej. Dla mnie te niuanse są
ciekawsze niż dokonywane w białych rękawiczkach interpretacje genderowe. Po to może
uprawiamy sztukę - by zajrzec w różne cieniste miejsca.
Lubię perspektywę
psychoanalityczną, wg. której widzę sztukę jako przyjemność w znaczeniu lacanowskiego
imperatywu juissance, czyli nie przyjemności 'przyjemnej', ale tej która pcha do spełnienia
nawet wbrew 'zasadzie'. Proszę mi jednak nie zarzucać ideologii - to zaznaczenie kierunku, a
nie kurczowe trzymanie się jednej tezy.
W takim znaczeniu mówilam też o przyjemności w sensie fantazji, a tu - w projekcie-
sytuacji symbolicznej polegającej na uwodzeniu. To jest właściwa teza mojego tekstu.
Niejasność intencji w sztuce poprzez manipulację przypominającą uwodzenie. 'Winne' oko o
którym wspomniałam jest tak samo 'winne' wobec wszelkich obrazow - tu:danego typu -
niezależnie od intencji ich powstania. A sztuka nie jest uniwersalnym kluczem mającym
zapewnić wszystkim satysfakcję, czy choćby komfort ideowy. Bo, jak słusznie zauważa
video-art - najnowszy paradygmat sztuki tworzy wlaśnie opcja, z którą Pani sympatyzuje.
Podważanie go to nie ideologia, a obowiązek!:))
Ps. jeszcze- konserwatyzm, neoliberalizm...to nie są wg. mnie terminy jakkolwiek
adekwatne w tej dyskusji. Podobnie kwestie 'kobiety uniwersalnej', 'ośmieszaniu przez
nagość', 'uprzedmiotowienia' - dla mnie są to dość dalekie i jakoś nieszczere terminy. Nikt
nagi mnie nie śmieszy. Waginetki faktycznie atakowały, i to ich zaleta. Fajny projekt,
różowy, poznawczy:) Co do porno to...tu go nie ma, bardzo soft, ale bycie NIEMAL nago
wobec np. maszynerii odlewniczej daje dreszczyk. A fantazja miewa też mechanizm lustra -
czyjaś bywa naszą przez przeniesienie.
No i Pani Izo, tam przecież nikt nie
pracował!
Pozdrawiam!
zaklad slusarstwa koncepcyjnego:
Szanowna Pani Małgorzato.
1. Rzeczywiście nie użyła Pani słowa "zwykłe". Napisała Pani (dosł. cytat)
"to nie tzw. modelki. Są po prostu różne, jak to ludzie (...)nie są bezosobowym
fantazmatem w różnych kolorach, ALE SOBĄ"
Myślimy że spokojnie można sparafrazować i skrócić powyższe określenie jako "zwykłe
kobiety". Rozumiemy przez to właśnie to, że są to nie-modelki i nie są sfotoszopowane.
Co rozumie Pani przez stwierdzenie, że są SOBĄ? Dla nas to anonimowe kobiety
prezentujące na fotografiach swoje pupy. Czy skoro są SOBĄ, to znaczy, że naprawdę
pracują nago na kutrach i w fabrykach? Jeśli nie, to można powiedzieć, że bycie SOBĄ
sprowadza się tu właśnie do nie-modelkowości i braku fotoszopa, więc zwyczajności jako
"nie-idealności", "prawdziwości" ciał.
0. Ani my, ani Pani Iza nie powiedzieliśmy, że te kobiety są grube. Pani Iza przytoczyła
tylko CZYJĄŚ wypowiedź uznając, że jest na temat, sama zaś mówiła tylko o tej
"zwyczajności".
Co do "obnażania schematu" (zgadzamy się że to nie na temat, ale to Pani zaczęła :) Czy
uważa Pani, że lansowanie w mediach ideału wychudzonej modelki to temat nieważny tylko
dlatego, że już wielokrotnie wałkowany? Uważa Pani, że masowa anoreksja nastolatek nie
jest problemem, bo Panią ten temat nudzi? Praca Żemojdzin (zapewne o to chodzi Pani
jako o "projekt z tłuszczem) jest dla nas wtórna, łopatologiczna i odstręczająca. Co nie
zmienia faktu masowej anoreksji.
1. "To co najbardziej w nim cenię to totalna irrewerencja i absurdalność towarzyszącej
retoryki do samego dzieła"
W zasadzie zgadzamy się z Panią, ale nie w odniesieniu do tej pracy. Naprawdę - jest wiele
innych "irrewerentnych" zdarzeń artystycznych. Na tyle dużo, żeby nie zachwycać się ŁK
(Martin Creed - wybitny, Anna Okrasko, Basia Bańda, Krasnale, no jest tego trochę)
2. "gender (...) Nie wyczerpuje całej 'prawdy' (sorry za tę 'pompę') o człowieku i
wzajemnych ludzkich relacjach"
"sztuka nie jest uniwersalnym kluczem mającym zapewnić wszystkim satysfakcję, czy
choćby komfort ideowy. Bo, jak słusznie zauważa video-art - najnowszy paradygmat sztuki
tworzy wlaśnie opcja, z którą Pani sympatyzuje. Podważanie go to nie ideologia, a
obowiązek!:))"
Gender nie twierdzi, że wyczerpuje całą prawdę o człowieku. Co nie zmienia faktu, że mówi
coś istotnego o nas wszystkich. Gender nie odnosi się do sztuki, tylko do pewnej orientacji
umysłowej przejawiającej się w bardzo wielu sferach społeczeństwa, więc i w sztuce. Że
akurat w sztuce jest to jeden z głównych paradygmatów? Tak wyszło. Niestety nie jest
głównym paradygmatem np. w ekonomii, religii, edukacji itd. więc w praktyce nic się nie
zmienia, chociaż artyści do znudzenia powtarzają to samo. Czy więc to, że gender Panią
nudzi, znaczy że przestał być aktualnym problemem w świecie pozaartystycznym? A skoro,
jak słusznie Pani zauważyła, bywanie w galeriach staje się modne, może warto drążyć
temat, żeby w końcu dotarło?
Jeśli artyści "nie-genderowi" chcą podważać ten dominujący paradygmat - proszę bardzo.
Tylko że akurat ŁK niczego nie podważa, nie polemizuje, lecz wyśmiewa, robi "wielkie
mrugnięcie". Mam nadzieję, ze rozumie Pani różnicę między polemizowaniem z kimś, a
wyśmianiem go. I to że ŁK sobie podważa i robi oko może być dla Pani pewnym
urozmaiceniem Pani życia zawodowego, ale niestety nie zmienia to faktu, że kobiety są
ofiarami naszego społeczeństwa (ale pojechaliśmy..., SORRY)
Polecamy: Henryk Domański, Zadowolony niewolnik idzie do pracy, IFIS PAN, 1999
Serdecznie pozdrawiamy
iza kowowalczyk:
Pani Małgorzato,
mam jeszcze kilka uwag:
Pisze Pani, że golasów w sztuce mnóstwo i można mieć wrażenie, że wszyscy zerżnęli od
ŁK. Błagam! historia sztuki, nawet polskiej, nie zaczyna się od Łodzi Kaliskiej, a nagości
zawsze było w sztuce dużo. I dlatego zresztą uważam, że Pani uniwersalizuje nagość, nie
widząc różnic między jej poszczególnymi rodzajami.
Pisze Pani też o zbulwersowaniu nagimi muzami - to nadinterpretacja. Mnie absolutnie
nagie muzy nie bulwersują, nie bulwersuje mnie też nagość, czy pornografia.
Jeśli już, to drażnią mnie znaczenia tych prac. Pani właściwie tych znaczeń, które wynikają z
analiz formalnych jakoś nie widzi. Pisałam już o dostępności tych ciał, o wypiętych pupach,
które są najbliżej przestrzeni widza. Odczytuję to jako seksualną zachętę skierowaną do
widza. A jak Pani to odczytuje?
Ja mówię o tym, co wynika z fotografii, z warstwy formalnej, to Pani cały czas posługuje się
tym, co na zewnątrz tych zdjęć.
Pisze Pani: "Ale warto dyskutować o tym, co się w niej objawia, nie koniecznie przykładając
doń dyskursy tworzone na zewnątrz niej samej".
No właśnie!
I dalej: "Podobnie kwestie 'kobiety uniwersalnej', 'ośmieszaniu przez nagość',
'uprzedmiotowienia' - dla mnie są to dość dalekie i jakoś nieszczere terminy".
Pani się upiera, że to są kategorie wywiedzione z teorii gender, a ja się będę upierać, że te
kategorie wynikają też z warstwy formalnej prac:
1) kobieta uniwersalna (to jak u Elliota: "Wszystkie kobiety są jedną kobietą"). One są
niemal takie same, wszystkie białe, w średnim wieku, niezbyt szczupłe, niezbyt tęgie, robią
to samo.
2) ośmieszenie przez nagość (pisałam poprzednio, jeśli Pani tego w pracach ŁK nie widzi,
no to trudno). Ten mechanizm nie wynika z Gender, ale to jeden z najstarszych
mechanizmów kultury. Opisany m.in. w Biblii.
3) uprzedmiotowienie - jeszcze raz zapytam, czy praca mówi o fantazjach kobiet czy o
fantazjach seksualnych ich twórców? Bo jak dla mnie kobiety są tutaj tylko i wyłącznie
znakiem męskiego pożądania (Lacan?, no właśnie, też Lacan).
Domaga się Pani przyjemności i bardzo dobrze. Ale domagajmy się przyjemności
zróżnicowanej, demokratycznej, a nie przyjemności zarezerwowanej dla jednej grupy i
ukazywanej wobec starych, anachronicznych wzorców.
malgosia butterwick:
Państwo, czyli zarówno Pani Iza jak i bezosobowy podmiot zbiorowy "ślusarstwo"
konsekwentnie unikają podrzucanych przeze mnie tematów. Dyskusja się rozmija i z Waszej
strony przypomina raczej pranie mózgu oparte na powtarzaniu formuł i cytatów, i 'łapaniu
za słowa'. Ja tak to odbieram.
Świadomie nie użyłam słowa "zwykłe", po prostu nie uważam by parametry ciała świadczyły
o niezwykłości człowieka. W tym projekcie też nie wydają mi się AŻ TAK istotne. Ale Pani
jednak chyba nie chciala się za bardzo przyglądać - ten rozstrzał 'typów' jest większy. ALE
nie ma czarnych! To już demagogia jakaś Pani Izo, jakieś totalnie alogiczne zacietrzewienie.
Przypomina tekst Stokwiszewskiego, który jest świetnym przykladem fanatyzmu, który
odstręcza od opcji politycznej, którą reprezentuje. A która notabene jest mi najbliższa -
politycznie.
Wypięte pupy zdecydowanie są seksualną zachętą - jak to wypięte pupy. Trudno to inaczej
widzieć. Jednak w przeciwieństwie do Pani uważam, że każda taka pupa jest zachętą,
niezależnie od intencji wypinającej ją osoby (to już raczej freudowskie, i w konsekwencji
lacanowskie, o czym gender interpretujący Lacana chętnie zapomina. Ale to inny temat na
inną okazję.)
Rodzaje nagości mogą być co najwyżej mniej lub bardziej 'subtelne', a jej
rodzajowanie ideologiczne jest zawsze tendencyjne. Oczywiście można to robić, ale bardzo
trudno tu zachować tak Państwu cenną konsekwencję. Mówi Pani, że się nie bulwersuje, ale
potem krytykuje tę seksualność wypiętej pupy. Jednocześnie broni Pani porno... Dlaczego
więc drażni Panią obraz Nowosielskiego? Mnie bardzo przypomina scenki ze starych
erotycznych rycin, które mam w domu. Tamte 'komiksowe' wg. dzisiejszej estetyki
przedstawienia, i ten obraz różni tylko fakt, że wykonał go współczesny artysta
współczesnymi środkami wyrazu. Dla mnie to ciekawa reprezentacja represjonowanej
podczas długiego rejsu seksualności marynarza, temat dość znany, ale tu jakoś nie
rubaszny. Ten obraz wzajemnej 'niewoli' jest i podniecający, i smutny.
Ale kojarzy mi się też ze zdjęciami Arakiego, które jako już mocno realistyczne
przedstawienia działają bardzo wprost. Są jednocześnie wpisane w 'egzotyczną' a przez to
mniej 'przezroczystą' dla nas kulturę seksualną Japonii, która bardzo ciekawie wg. mnie
prowadzi wątek napięcia i nie wartościuje pożądania na 'męskie' i 'kobiece', pozwala im się
przeplatać i uzupełniać niezależnie od tak zdyskursowanej 'dominacji' (vide: np. film
Imperium Zmysłów). Te fantazje wbrew pozorom roztaczanym przez 'zachodni' gender
wcale nie są tak rozbieżne. I tu po pozornej zmianie tematu wracam:) W projekcie ŁK
mamy do czynienia z wizualizacją fantazji. Nie sądziłabym tak pochopnie, że jest wyłącznie
męska. Pani mówi, że nie chciałaby tak nago...itd. Pewnie powiedziałaby też, że nie
chciałaby być wieszana za nogę jak na obrazie Nowosielskiego. Ale atrakcyjność fantazji jak
wiemy często (choc nie zawsze) opiera się na tym, że się ich nie realizuje w 'realu'. I -
ważne! - seks w żadnym wydaniu nie jest anachroniczny!
Ośmieszenie, uprzedmiotowienie, kobieta uniwersalna - za wyjątkiem przypadków
przemocy (z którymi nie mamy tu do czynienia, wszystko dzieje się za zgodą uczestników) z
ktorymi jak najbardziej należy walczyć POLITYCZNIE, odczucia tych pojęć leżą bardziej po
stronie podmiotu, są kwestią samoświadomości.
I ostatecznie jeszcze raz - kwestia polityczności i sztuki. Ci artyści których wymieniają
ślusarze - należałoby indywidualnie. Ja myślę że nie mieli szans stać się irrewerentni, bo tak
szybko zostali zagarnięci przez dyskurs. Może nie mieli wyboru - tzn. mieli - istnieć lub nie.
Ale np. Anna Okrasko zaistniała mocno genderowo, a dziś zajmuje się 'po prostu'
malarstwem. Na szczęście jest modne;)
A Łodzianie nie są 'młodymi artystami' na których można 'pojechać'.
Na koniec - na pewno byłoby lepiej, by gender był paradygmatem w 'ekonomii, religii,
edukacji itd.', ZAMIAST w sztuce. Może tam trzeba przenieść całą tę energię persfazji, której
jak widać Wam nie brak:)
Pozdrowienia!
iza kowowalczyk:
Ja już nie mam siły na te "rozmowę" (?), bo wciąż obie piszemy zupełnie o czymś innym, a
może mamy po prostu inne fantazje ;-)
Pokazywałam dzisiaj te prace studentom, jedna osoba dostrzegła znaczącą różnicę w
odniesieniu do współczesnego ideału ciała (tzw. plastikowych ciał).
To już tu poruszaliśmy i pozornie wydaje się to "wyzwalające" (choć wg mnie bliskie jest
właśnie estetyki pornografii). Na pewno nie można zgodzić się ze stwierdzeniem, że te
kobiety są SOBĄ (przypomnę: nie ma nagiego Innego poza przedstawieniem, zawsze jest
jakaś konwencja).
Inni mieli raczej negatywne skojarzenia, a jeden pan podrzucił ciekawą interpretację.
Powiedział, że te kobiety odpowiadają wizerunkom kobiet, jakie czasami można spotkać w
męskich zakładach pracy (kalendarze, plakaty, itp.) i te również mogłyby w takim miejscu
wisieć. Często też do podobnych skojarzeń odwołują się reklamy materiałów budowlanych.
Były też komentarze o absurdalności wykonywanej pracy, to w odniesieniu do rybaczek, gdy
przyjrzeć się temu, co one robią, można się nawet ubawić (praca jest kompletnie na niby).
Pisałam już o kpinie z pracy fizycznej.
Kiedy ŁK robiła prace na podstawie arcydzieł malarstwa - to też było to odczytywane jako
kpina z tzw. wielkich tematów, z pompy, napuszenia, podniosłego tonu, szeroko pojetej
"romantyczności". Tyle, że ta kpina miała sens.
Trochę podobna estetyka jak w pracach "Niech sczęzną.." pojawiała się też w teledyskach z
lat 80. (które były analizowane jako objawy backlashu).
W tym przypadku też tak jest. I dlatego nie zgodzę się, że tekst Igora jest ideologiczny (a
nawet "fanatyczny"), a Pani - nie. Oba są ideologiczne, tylko, że o zupełnie inne ideologie
chodzi.
Na marginesie - krytykowanie to nie bulwersowanie się. Ma Pani łatwość używania pewnych
określeń mających zabarwienie emocjonalne (np. zauważone przez Zakład: "atakujące w
Obiegu waginetki", a potem Pani udaje, że niewiadomo, dlaczego to zostało tak, a nie
inaczej odczytane.
Pozdrawiam
malgosia butterwick:
Tak, rozmijamy się. Myślę, że Pani studenci jednak wiedzieli, czego się od nich oczekuje.
Odbiorcy sztuki też są chcąc nie chcąc ideologizowani, co skrzętnie chcą wykorzystać
Ślusarze, i 'drążyć, by dotarło'. Poprzez sztukę. To bardzo pragmatyczna wizja. Trochę
straszna.
Jednak wiem, że przybywa też tych, co myślą sami. Nie na przekór (no
moe czasem troche;), ale niezależnie. Pani natomiast, jak to kobiecie, zarzuca mi
'emocjonalne wyrażenia'. Dla mnie np. ten 'atak' był humorystyczny, oddawał efekt
zaskoczenia tym, co wypadło zza okładki Obiegu. Nie był to zarzut. Żart. W ogóle raczej
drobiazg w tej dyskusji. No ale już nie będę używać tego starego argumentu o braku
poczucia humoru, zbyt byłoby to proste. Ale dziękuję za 'rozmowę'. M
malgosia buterwick:
Przepraszam, dla ścisłości zastąpie 'zideologizowanych odbiorców' - odbiorem z pewną
'pre-koncepcją', przesądem na temat tego, co mają dziś w sztuce widzieć, a nie to, co jest.
Stąd bardzo trudno zbudować przekaz, który nie jest anty-genderowy, ale po prostu NIE
JEST genderowy, jest 'poza' tym, dotyczy innej 'wrażliwości', 'świadomości', innych fal
odbioru. A takie też są. Staram się o ich uaktywnienie, i nie wydaje mi się to ideologiczne,
bo takiej ideo-logii nie ma. Nie spotkałam. Jest to jednak pewnie jakaś 'idea', także twórcza.
I to wszystko. Tak, to już 'wszystko'.
zaklad slusarstwa koncepcyjnego torun:
Witamy ponownie :)
"zastąpie 'zideologizowanych odbiorców' - odbiorem z pewną 'pre-koncepcją', przesądem na
temat tego, co mają dziś w sztuce widzieć, a nie to, co jest"
Przepraszamy, ale może Pani wyjaśnić, tak w 2-3 zdaniach, CO JEST? I dlaczego to, co wg
Pani JEST, jest bardziej niż to co jest wg nas? Czytając tekst dołączony do wystawy ŁK,
dowiadujemy się, że projekt ten "inspirowany JEST współczesną kulturą, a szczególnie tym
jej aspektem, który opatrzony jest hasłem GENDER czy szerzej FEMINIZM."
Wobec Pani zarzutów, że uciekamy od najważniejszego tematu: rozumiemy, ze jest nim to,
że ŁK żartuje sobie z dominacji paradygmatu genderowego we współczesnej sztuce. A
ponieważ to tylko żart, więc krytykowanie ich z pozycji genderowych mija się z celem, tak?
Bo też już się zastanawiamy czy mówimy tym samym językiem.
Mówi Pani, że nasza propozycja jest straszna, żeby "drążyć w celu dotarcia". Skoro jest to
teraz dominujący paradygmat, to może znaczy, że odpowiada na jakieś realnie istniejące
społeczne potrzeby. Prawdę mówiąc nas też to nudzi, ale mamy (mniejsze lub większe)
wykształcenie artystyczne i możemy sobie pozwolić na znudzenie.
Uważamy, że nastolatki idące do CSW i oglądające ŁK są tam również "ideologizowane",
tylko inaczej, a mianowicie tak, że feminizm jest śmieszny, głupi i nie wart uwagi. Dla
niektórych fakt dyskryminacji kobiet jest (i jeszcze długo będzie) wręcz rewelacją,
nowatorską niespodzianką.
"najnowszy paradygmat sztuki tworzy wlaśnie opcja, z którą Pani sympatyzuje. Podważanie
go to nie ideologia, a obowiązek!:))" "Jednak wiem, że przybywa też tych, co myślą sami.
Niezależnie"
nie da się namówić do samodzielnego myślenia poprzez apel "teraz nie robimy gender". W
ogóle, nie wiemy, czy Pani się nad tym zastanawiała, ale do samodzielnego myślenia trzeba
dojść samodzielnie, taki paradoks :) Instrukcja w postaci "robisz gender- jesteś
niesamodzielny, nie robisz gender - jesteś genialnym odkrywcą" również nie pomaga w
niezależnym myśleniu, zgodzi się Pani? Można co najwyżej świecić przykładem niezależnego
myślenia, ale tego, co pokazaliśmy powyżej, ŁK nie robi. ŁK (według Pani) dokładnie
instruuje co jest "niezależnym" myśleniem, a co nie.
Naprawdę bardzo byśmy się cieszyli z nowej fali sztuki a-genderowej, nie odnoszącej się do
genderu w ŻADEN sposób. Ale ŁK taka nie jest, co jest oczywiste dla wszystkich, również
kuratora i autorów, poza Panią.
I w końcu - naśmiewanie się z ideologii jest ideologią!!! Czy Pani nie jest w stanie tego
zrozumieć, czy głupio się Pani przyznać do pomyłki?
iza kowowalczyk:
Cudnie!
Widzę, że znajdzie Pani argument na wszystko. Już Pani wie, że studenci mówili na moich
zajęciach to, czego od nich się oczekuje! Innymi słowy - są jak dzieci we mgle, niemające
własnego zdania? Jestem zadziwiona łatwością podobnych konstatacji, które Pani rzuca, nie
znając ludzi ani sytuacji. Ja uważam, że to bardzo inteligentni ludzie i nigdy bym im nie
zarzuciła braku samodzielnego myślenia.
Zastanawia mnie jednak, wciąż Pani postulat, by porzucić Gender z rozważań nad sztuką.
Ale, dlaczego, co w tym złego? Jest jednym z kluczy interpretacyjnych (nie jedynym i nie
uniwersalnym), zwłaszcza użytecznym, gdy prace artystyczne odnoszą się do relacji płci,
przedstawiania płciowego ciała, itp.
Czy chodzi o to, by udawać, że tego tam nie ma??? Tak, jak Pani udaje, że relacji płci nie
ma w pracach Łodzi Kaliskiej?
To np. tak, jakby analizować malarstwo historyczne i udawać, że nie ma w nim historii.
W historii sztuki często zresztą udawano, że czegoś w obrazach nie ma. Polecam "Potęgę
wizerunków" Davida Freedberga, który wskazuje np. na to, że udawano, w wielu obrazach
nie ma erotyzmu.
Uważam, że gdyby faktycznie chcieć uruchomić inne kanały odbioru w przypadku ŁK,
byłoby uczciwie napisać właśnie o tym, co jest w tych pracach. Choćby je opisać. A nie
zaprzeczać temu, że są w nich zawarte tradycyjne relacje płci (to, jak ilustracja dość już
anachronicznych, rozważań Johna Bergera). Ale, od tego można by wyjść, aby ukazać, coś
nowego, interesującego, co wychodzi poza kwestie gender (przecież zgodzimy się, że są
prace artystyczne, które powtarzają tradycyjne relacje płci,może nawet są seksistowskie, ale
zarazem, mają w sobie niezwykły potencjał wskazywania na inne problemy, prawda?).
Tylko, że ja się obawiam, że w przypadku prac ŁK tego czegoś nie ma. Pani cały czas pisze:
nie gender, tylko coś innego. Ale, właściwie co???
Tym samym, tak bardzo zwalczając gender (naprawdę, nie wiem, jak można zaprzeczać
kwestii relacji płci zawartych w tych pracach??!!!), jakby odrzuca Pani odczytania, które
widzą w tych pracach obraz uprzedmiotowienia kobiet i podejścia do ich ciał wyłącznie w
kategoriach obiektów sprawiających przyjemność, tym samym zaprzecza Pani
dyskryminacji, tym samym potwierdza Pani konserwatywny świat wartości (który nie jest
wcale czymś wyjątkowym i rzadkim w Polsce) i tym samym Pani odczytanie staje się
ideologiczne. A zarazem też próbujące narzucić innym swój punkt widzenia i
zdyskredytować niekomfortowy odbiór tych prac.
Gdyby Pani napisała: "komuś te prace mogą sprawiać przykrość, ale mi się podobają,
uważam, że przedstawiają super fantazje seksualne", wtedy dopuściłaby Pani chociaż
różnorodność odbioru. Tymczasem, wszyscy którzy widzą w tych pracach anachroniczne
relacje płci, są zideologizowani, nie myślą samodzielnie, mówią to, czego się od nich
oczekuje, a Pani jest jedyną sprawiedliwą, jedyną osobą myślącą samodzielnie...
malgosia butterwick:
Państwo wciąż bardzo konsekwentnie ignorują to, co niewygodne. Mam się czuć jak
besztany uczeń, który nie chce zrozumieć? Wybaczcie, ale też nie wychodzę z pozycji laika,
znam założenia.
Może dlatego - tu przyznaję - trudno mi postawić się w sytuacji odbiorcy, który
ma 'wyrobić sobie zdanie'. Wy bardzo się o tego odbiorcę boicie, np. o te nastolatki, które a
nóż czymś nasiąkną. Spokojnie, jeśli w ogóle oglądają wystawy, i np. zobaczą wystawę
Łodzi Kaliskiej, to zobaczą i wiele innych. M.in. tych mocno genderowych. To i owo może
przeczytają. I niech to będzie jakaś propozycja do przemyślenia.
Podkreślałam, że zarowno tekst, jak i ta dyskusja nie dotyczy wyłącznie pracy ŁK.
Zaproponowalam różne przykłady, i inny kąt ich oglądu. Być może jednak jest on zbyt
'przekombinowany', bo wywodzi się z takiego momentu, w którym nie czuję, że muszę coś
udowodnić. Staram się myśleć o sztuce jako przestrzeni eksperymentu, w którym jest
najczystrze możliwe (podkreślam:mozliwe!) 'ja' wobec wszystkiego, co dostępne.
Stąd też nie uważam, że szukanie argumentów podważających jakąś spójną
ideologię jest ideo-logią. Nie posługuję się jednym określonum 'aparatem'. Rozumiem
świetnie, że posądzenie o 'konserwatyzm' ma na mnie zadzialać jak płachta na byka, ale to
absurd. Swoją postawę, bo to jest jakaś POSTAWA, określiłabym może jako sceptyczną,
trochę hedonistyczną, opartą na dociekliwości wobec zbyt gładko i powszechnie
przyjmowanych orzeczeń (myślę, że tylko po części i w określonych sferach życia są
odpowiedzią na zapotrzebowanie).
Ok, praca Łodzi robi oko, i nie jest a-genderowa, bo niesie w sobie zamysł
wobec teorii genderowej. To napisałam w swoim tekście. Jednak postuluję, że cokolwiek
dzieje się w tej pracy nie jest jakąś jednoznaczną propozycją przeniesienia 'w życie'. To jest
podstawowy błąd każdej sztuki opartej na 'przesłaniu', a tym samym błąd jej interpretacji
np. tych zakończonych cenzurą - że zakladają jakąś absurdalną relację bezpośredniego
przeniesienia 'wartości' ze sztuki w życie. Jeśli bronię (wg.Pani tradycyjnego, wg.mnie
´libidialnego´) PRZEDSTAWIENIA relacji płci w fantazmacie jakim jest np. to dzieło sztuki,
nie znaczy WCALE że czynię taki krok w relacji do istniejących relacji społecznych. Tu
dotykamy być może innego mega-tematu o tzw. roli sztuki, jej ew. elitarności czy
utylitarności, domniemanej jakości odbioru. Ja jednak wychodzę z założenia, że sztuka
powinna dążyć do tego, by być wyzwaniem doceniającym możliwości emocjonalne i
intelektualne widza. Z tym można się oczywiście nie zgodzić i proponować wersję sztuki
'wychodzącej ku..' widzowi, objaśniającej, przyjaznej... Tyle że wg. mnie tu zawsze czai się
intencja indoktrynacji. Daruję sobie przykłady z historii.
Popularyzacja tego podejścia do sztuki owocuje też chodzeniem na łatwiznę. Jest tak, że
przez ową strategiczną dominację teorii gender w interpretacjach sztuki, jest niemal
niemożliwe zaproponowanie dzieła w którym bierze udział ciało, szczególnie ciało kobiety,
tak, by niezależnie od intencji artysty/tki nie było ono poddane obróbce pod kątem
wyznaczników genderowych (wladzy, dominacji, uprzedmiotowieniu, uniwersalizacji itp),
czyli problemów często słusznie podejmowanych w przestrzeni społecznej.
ALE sztuka nie jest po to, by kształtować wzory współżycia społecznego!
Zaproponowane przeze mnie wcześniej np. interpretacje sztuki pod kątem uwodzenia czy
fantazji, zmysłowej i/lub intelektualnej gry, nie należą do sfery prawa i norm relacji, ale
tego co, owej kontoli nie podlega. Ja wiem, że niektórzy chcieliby 'rządu dusz', albo
przynajmniej móc wykazać, że i fantazje są uwarunkowane kulturowo i ... pewnie są,
tylko ... co z tego, i co z tym??:))
Aha, i nie 'zwalczam' gender w sferze politycznej, mocno popieram konkretne postulaty i
działania feministyczne, równościowe...
zaklad slusarstwa koncepcyjnego torun:
Szanowna Pani Małgorzato
"Państwo wciąż bardzo konsekwentnie ignorują to, co niewygodne", "unikają podrzucanych
przeze mnie tematów"
Czyli co ignorujemy i czego unikamy? Prosimy odpowiedź tylko na to jedno
pytanie.
Pozdrawiamy
anka:
Pani Malgosiu a co z tymi studentami co sami nie mysla? moze by sie pani sama przekonala
i wpadla z wykladem na zajecia do Izy Kowalczyk? moglaby im Pani to powiedziec na zywo!
odwagi!
malgosia butterwick:
Przecież nie występuję anonimowo:) Nie twierdzilam, że nie myślą (nawet się poprawilam),
ale że mogą podchodzić do pewnych zjawisk w sztuce z określonej już pozycji. Może tak nie
jest, może nie wszyscy...Z wykładem nie wpada się ot tak sobie, ale gdyby była okazja do
konstruktywnej dyskusji (takiej, która ma potencjalnie jakiś wspólny punkt zaczepienia) to
czemu nie ! ;).
Całość na blogu "straszna sztuka" Izy Kowalczyk
|
|