Życie zaczyna się po trzydziestce

Agnieszka Gniotek


W niektórych momentach, zwłaszcza historycznych, artyści wykazywać zaczynają instynkt stadny. Efektem tego są rozmaite grupy i gruppy, luksusowe i ładne, aczkolwiek zazwyczaj krótkotrwałe. Twórczość z trudem poddaje się reżimowi zbiorowości, raczej będąc emanacją indywidualizmu.

Trzeba wyjątkowej kultury osobistej, niezwykłego poczucia humoru, zupełnie niecodziennej dozy kreatywności i bardzo wyrazistych, pozbawionych osobistych kompleksów osobowości, aby w grupie trwać przez lata, działać prężnie i świeżo, nie zjadać własnego ogona, nie wychowywać epigonów, nie kłócić się i nie waśnić, nawet jeśli to takie polskie. Jaki jest przepis na to, żeby ciągle wzajemnie się stymulować do dalszych zapałów?

Kilku ciałom zbiorowym się to udawało przez lat kilka, czasem kilkanaście. Łodzi Kaliskiej już przez trzydzieści, a końca szczęśliwie nie widać. 2009 rok jest właśnie tym jubileuszowym, związanym z 30-leciem powstania ciała Łodzią Kaliską zwanego. Słowo "ciało" jest tu jak najbardziej na miejscu, bo wśród kilku rzeczy, które łączą niewątpliwie jej członków ciało jest obiektem bardzo istotnym i wyrazistym.

Ciało kobiece rzecz jasna. Łódź Kaliska jest ulubionym artystycznym ugrupowaniem kobiet o kształtach obfitych i jeszcze obfitszych biustach, które w dekadach medialnej afirmacji anorektycznej ikony kobiecości zostały przez Kaliską docenione i przywrócone do łask, aby móc się w pełni cieszyć radosnym nadmiarem swojej obfitości bez żadnych kompleksów.

Czy jubileusze mogą sprzyjać rozwojowi sztuki? Kaliska twierdzi, że tak. Nawet z tej okazji planuje w Darłowie zupełnie poważną konferencję naukową, która ma podsumować rolę stymulującą rocznic artystycznych. Na razie 25-lecie ugrupowania hucznie obchodzone wystawami udowodniło, że wpływ rocznic na sztukę jest duży. 30-lecie co najmniej ugruntuje to mniemanie.

Konferencję w Darłowie osadzono nieprzypadkowo. Z szacownego pleneru fotograficznego w tej miejscowości wywaleni zostali Andrzej Kwietniewski, Andrzej Świetlik, Adam Rzepecki, Marek Janiak i Andrzej Waligórski. Skutkiem było powstanie Kaliskiej, a miejscem pobliska knajpa. Pod duchowym i jedynym przywództwem Andrzeja Różyckiego, ukonstytuowawszy się w grupę panowie wykonali w miasteczku absurdalny happening, w którym trwają do dziś.

Czy o Łodzi Kaliskiej mówić można tylko w tonie lekkim i frywolnym? Oczywiście nie. Nawet się nie powinno. Często dorobek grupy gubi się w opisach niejednej błazenady. Błazenady owe są niezmiernie pociągające i dlatego dominują często nad poważnym dyskursem omawiającym twórczość łódzkiej piątki. Dowcip, ironia, cynizm czasem, to oczywiście twórcza metoda grupowej aktywności. Jednak pod jej jakże przyjemną powłoką kryje się wiele bardzo istotnych zagadnień z zakresu sztuki i fotografii: zawsze aktualnych i świeżych, a częstokroć nawet profetycznych.

W czasach powstania Łodzi Kaliskiej artystyczny dyskurs fotograficzny koncentrował się wokół medializmu i działań konceptualnych. Eksplorowanie pola medium fotograficznego, określanie jego granic i próby rozlicznych przekroczeń były twórcze zwłaszcza w kręgach związanych z łódzką Filmówką i Warsztatem Formy Filmowej.

Formuła ta jednak dość szybko uległa wyczerpaniu. Kaliska w niewielkim stopniu weszła w te rozważania, choć miała ich dojmującą świadomość. Nie zajęła też stanowiska w kontekście sztuki krytycznej, ani też nie próbowała znaleźć się w kontekście sztuki przykościelnej, choć czasy temu zdecydowanie sprzyjały. Poszła swoją drogą. Zajęła się sztuką żenującą, kosmetyczną i new pop.

Podstawowym narzędziem twórczości Łodzi Kaliskiej jest inscenizacja. Fotografia i wideo to sposoby zapisu. Początkowo ewokowany przez nich klimat wywodził się z dada, i to z dada najlepszej zurychskiej próby. Aktywność uprawiana w hołdzie dla Tzary i Janco, a potem także Duchampa, żywiła się polską absurdalną rzeczywistością PRL-u i kuriozami stanu wojennego, choć nie była dosłownym komentarzem do zaistniałych faktów, nie była wprost społeczna i krytyczna, kpiła z etosu i martyrologii. Stanowiła pojemne naczynie utylizujące nieznośne życie, a tym samym łączyła z życiem sztukę, stanowiąc dobry przepis na jedno i drugie.

Takie podejście - praktyczne, a pozbawione zadęcia i przesadnie intelektualnych wypowiedzi, zjednało Kaliskiej wielu wrogów, zjednuje ich i nadal. Rekrutują się przede wszystkim spośród "poważnych artystów" i dyrektorów "poważnych placówek kulturalnych". Jak wiadomo liczba wrogów jest miarą sukcesu.

W stanie wojennym funkcjonująca w Łodzi nieformalna Kultura Zrzuty, której Kaliska była filarem, z równie nieformalnym miejscem spotkań, jakim był Strych - ni to klub, ni to galeria, a na pewno miejsce prezentacji przejawów wszelkiej aktywności, scementowały trwale życie i twórczość. Różnic między nimi nie było. W tym braku różnic Kaliska zaczęła eksplorować samo pole sztuki, odnosząc się do spuścizny wielkich poprzedników, ale przede wszystkim w populistyczny sposób tropiąc "ikony" malarstwa polskiego i światowego.

Do maszynerii żywionej kpiną, absurdem i pastiszem, a doprawianej skandalem i erotyką dostały się i Bitwa pod Grunwaldem, i Śniadanie na trawie, i Wolność wiodąca lud na barykady, a także znacznie bardziej kameralne, a za to dość pikantne Siostry ze szkoły Fontainebleau. Dla wielu było to wykpiwanie świętości, dla innych po prostu postmodernizm.

Okazało się jednak, że to przede wszystkim przygrywka do dalszych działań Kaliskiej, która proroczo wyczuła przyszły mariaż sztuki i komercji, traktując go jak zwykle twórczo jako materię dalszej kreacji. Zaczęła naśmiewać się z "bardzo polskich artystów" skrępowanych z jednej strony zaistnieniem po 1989 r. wolnego rynku obracającego dziełami sztuki, a z drugiej strony marzących, aby na tym rynku, za niebagatelne kwoty, obracano przede wszystkim ich pracami.

Ponieważ wybuch kapitalizmu pokazał, że nie ma świętości i wszystko jest produktem, to Łódź Kaliska przygotowała sztukę znowu aktualną, czyli new pop. New pop pokazał to, do czego społeczeństwo tęskniło od dziesięcioleci - moc koloru, atrakcyjne kobiety, atrakcyjne opakowania, nieco erotyki, a wszytko jak w reklamie, czyli w konwencji odwoływania się do tradycji i wyższych wartości - najlepiej narodowych.

Można nie cenić estetyki tych prac, celowo zgrzytających na poziomie kreacji, podobnie jak pierwsze nasze produkcje reklamowe, ale trzeba uznać ogromną trafność tych projektów. W zasadzie dopiero teraz, po paru latach jest ona prawdziwie widoczna. W czasach, kiedy powstawały, nie byliśmy jeszcze na tyle bystrzy, aby uchwycić przyczyny, dla których powinniśmy śmiać się z siebie samych. Użycie konwencji reklamy było w latach 90. dla przedstawicieli świata artystycznego deprecjonujące i jakby obrzydliwe.

Trzeba było być Łodzią Kaliską, żeby po tę konwencję świadomie sięgnąć. Teraz, kiedy malarstwo odwołuje się do reklamy i gazetowej ilustracji aż do przesytu, kiedy fotografowie komercyjni realizują artystyczne projekty pokazywane w galeriach, a w firmowanym przez wybitnych kuratorów fotografii projekcie Aktualizacja polska fotografia artystyczna i komercyjna są prezentowane na równi i nawet bez rozróżnienia, działania Kaliskiej predestynują ją do szczególnego szacunku.

Ostatnie dokonanie Kaliskiej - Alementarz, to kolejna próba pokazania naszego życia przez sztukę. Znowu absurdalnie prześmiewcza i "jeżdżąca" po wszystkich naszych narodowych wartościach bez najmniejszego skrępowania. Do tego nie tylko po naszych, a wręcz po europejskich, wszak w dobie Unii i globalizacji nie można się ograniczać. O Alementarzu napisano od jego premiery już tyle, że nie ma sensu wszystkiego powtarzać.* Warto tylko powiedzieć, że Łódź Kaliska działa jak dobra agencja reklamowa - zawsze ma w zanadrzu świeży, zaskakująco aktualny projekt.

Na 30-lecie takich projektów będzie dużo. Pierwszym jest wystawa w warszawskim CSW, gdzie "na warsztat" wytrawni koneserzy kobiet nareszcie wzięli feminizm. Każda nie-feministka świetnie poczuje się na tej wystawie. Panie wojujące też powinny ją docenić, jeśli tylko mają poczucie humoru. Czternaście wielkoformatowych fotografii ukazuje kobiety pracujące w zawodach, w których damy w Polsce jeszcze nie pracują, np. przy układaniu nawierzchni dróg, w kamieniołomach, przy dalekomorskich połowach.

Obrazy te tworzą panoramę absurdalnego, wszechogarniającego feminizmu. Naturalnych rozmiarów kobiety są nagie, jak na obrazach klasycznego malarstwa symboliczno-romantycznego. Malarstwa, które do dzisiaj jest archetypem najlepiej, najłatwiej i najszybciej rozumianym przez społeczeństwo. Nimfy, rusałki, boginie w ochronnych kaskach, kaloszach i z ciężkim sprzętem w dłoniach w "malowniczych" sceneriach wycinają lasy, naprawiają opony samochodowe i wypływają kutrami na morze. Feministyczna apokalipsa godna Davida LaChapelle`a i Michała Anioła.

Zobaczyć trzeba koniecznie.



Żródło: Sztuka.pl nr 2/09