Ostatni wywiad z Łodzią Kaliską
Krzysztof Cichoń i Andrzej Walczak



Po stronie Łodzi Kaliskiej występują: Andrzej Świetlik jako Świetlik, Andrzej Wielogórski jako Makary, Marek Janiak jako Janiak, sporadycznie chór; po stronie Atlasa Sztuki: Andrzej Walczak jako A.W., Krzysztof Cichoń jako K.C.; incydentalnie nierozpoznane głosy; po swojej stronie: Pani Kelnerka.

Prolog

Nierozpoznany głos I: Zróbmy to tradycyjnie, napiszę cały ten wywiad i już.

Nierozpoznany głos II: Artyści i tak nie czytają…

Janiak: Takie wywiady były z Warholem. Na początku facet pisał mu pytania, Warhol odpowiadał, a facet mu poprawiał. Potem, ponieważ Warhol nie miał czasu, dziejopis pisał mu pytania i odpowiedzi, a Warhol tylko sprawdzał. W ostatnim etapie już nawet nie sprawdzał. Mam książkę Wywiady z Andy Warholem, genialna rzecz.

Nierozpoznany głos II: Normalna kolej rzeczy w międzyludzkiej komunikacji. Podobnie chyba powstają sytuacje przestrzenne. Zawsze pojawia się ktoś, kto mówi: Ach nie, to musimy poprawić, to udoskonalić, to ujednolicić, to skomunikować, zapanować nad całością…

Janiak: I wtedy jest nieszczęście.

Nierozpoznany głos I: Powiedzmy dramat.

Akt I, Scena I

(Plan bardzo ogólny – jak zawsze – bez żadnego picowania. Salon łódzki. Wszyscy incognito piją herbatę przy stoliku. Bliżej drzwi kilku młodych ludzi i dwóch starych Polaków.)

Świetlik (do telefonu): Gdzie? W telewizji? Uważam, że powinieneś tu przyjść… Olej to towarzystwo i tu przyjdź.

Andrzej Walczak: Podobno macie jakiś projekt wystawy?

Krzysztof Cichoń: Łódź Kaliska robi projekty planowanych wystaw?

Świetlik: Zwykle było tak, że zapraszano Łódź Kaliską. Nie zdarzały się sytuacje, że chcieliśmy zrobić gdzieś wystawę i musieliśmy przedstawiać jej projekt.

A.W.: A teraz macie projekt?

Świetlik: Proszę, to jest jedna czwarta obrazu, który ma wypełnić całą ścianę w jednej z sal Atlasa Sztuki.


K.C.: Wygląda jak mapa albo jak jedna z ostatnich plansz na ostatnim poziomie gry strzelanki, mocno przetrzebiona.

A.W.: Po apokalipsie. Zobacz, ile tu jest zarysów, śladów po budowlach. To raczej wygląda jak zdjęcie starożytnych ruin. Tam kiedyś musiała być jakaś cywilizacja.

Makary: To Łódź.

K.C.: Rzeczywiście, można poznać po cerkwi.

A.W.: To nie jest obraz, to jest zdjęcie satelitarne. To jest rzeczywistość widziana z góry.

K.C.: W jednej sali rzeczywistość widziana z góry, a w drugiej?

Świetlik: Przykryta. Proszę, to jeden z sześciu obiektów, które chcemy tam pokazać.

K.C.: Ciężkie te obiekty?

Makary: Niespecjalnie, ale nie należy ich lekko traktować. Świetlik: I do tego taki będzie dźwięk.

A.W.: Poznaję, to nagranie wprost z Ziemi Obiecanej.

K.C.: Jakiś pomnik panowie chcą wystawić. Takie przykrywanie jednak stygmatyzuje i kojarzy się z całunem.

A.W.: To jest zawłaszczanie wyłączności do tych przedmiotów. Ale nikt nie przykrywał wysłużonych, zakurzonych maszyn. Dla mnie w tym jest istota działania artystycznego.

Świetlik: Taka tkanina nazywa się antykurzowa.

A.W.: To się nazywało bureta jedwabna, albo bawełniana. Tkanina niewyprawiona.

K.C.: Echte Lodzermensch…

Świetlik: Przykrywało się przedmioty na czas długiej nieobecności. Także bardzo długiej. I to jest taka sytuacja.

A.W.: Czyżby ktoś umarł? Miasto?

Świetlik: To jest wystawa, która mówi o tym problemie.

K.C.: To wystawa pomnikowa, choćby z racji tych białych całunów. Jest cała masa śladów w kulturze, które zachęcają do takich żałobnych lekko skojarzeń.

Świetlik: Nie używałbym słowa całun, lepiej pozostać przy skojarzeniach z pokrowcami antykurzowymi na czas wyjazdu.

K.C.: Niech będzie całun antykurzowy.

A.W.: To są po prostu mumie.

Makary: Mumie leżą, a maszyny stoją.

Świetlik: Tak, to są maszyny stojące. Maszyny, które stanęły.

A.W.: Przecież to mają być maszyny drżące.

Makary: Tylko symbolicznie. Cała Łódź stanęła jak maszyny.

K.C.: Nie unikniemy żałobno-pomnikowych skojarzeń, choćby z racji tej sterylnej bieli.

A.W.: Alabastrowej.

Makary: Przecież pokrowce były w takim kolorze.

K.C.: Na pokrowcu przykrywającym maszynę powinny być jakieś wybroczyny, ślady smaru. A tu sterylnie. To są pokrowce na trupy, czy duchy maszyn.

Świetlik: Jak się samochód stawia na dłuższy czas, to trzeba go wyczyścić. Ja przed zimą czyszczę. Poza tym działamy dość ogólnie. Ta idea nie wymaga chyba analizowania tego typu detali. Dla mnie tego rodzaju analizy są same w sobie ciekawym zjawiskiem.

A.W.: Dzisiaj przykryto by folią czarną albo przezroczystą. Nikt by niczego nie przykrywał białą folią.

K.C.: Łódź Kaliska zawsze, a w epoce muzealno-wspomnieniowej chętniej, bazgrała, dopisywała, dorysowywała, uzupełniała, etc. A tu nieskazitelna biel, a pod nią pustka. Powiedziałbym kompozycja skłaniająca do zadumy. Wszystkie sześć maszyn będzie przykrytych tak samo udrapowaną tkaniną?

Świetlik: Nie, każda inną.

K.C.: Fałdy będą różne?

Makary: Tak, jak się ułożą.

A.W.: Estetyzm Wami nie kierował przy przykrywaniu tych maszyn?

Świetlik i Makary (chórem): Nie!

A.W.: Wydaje mi się, że w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych Waszych działań upieraliście się jednak przy tym, żeby wszystko było bardzo dopracowane, każda fałda. Nie mogę sobie przypomnieć, żebyście we wcześniejszych akcjach tak bardzo pilnowali, żeby nie było fuszerki.

Świetlik: To dobrze czy źle?

A. W.: To wynika z szacunku.

K.C.: Wobec trupa?

Świetlik: Do maszyn, do stojących maszyn.

K.C.: Futuryzm, czy raczej picowanie fałdek?

Świetlik: Sugerujecie nam, że walory estetyczne decydowały, a to nieprawda.

Makary: O fałdach decyduje kształt maszyn. Po prostu je przykryliśmy, nie szukaliśmy jakiejś malowniczości fałdek.

K.C.: O, malowniczość fałdek w historii sztuki, to może być Droga do raju, jak wiadomo po książce Petera Cornella.

Świetlik: Tego rodzaju myślenie o fałdach jak na XV-wiecznych obrazach, to zboczenie zawodowe.

K.C.: Zawodowy fotograf oczywiście nie zwraca żadnej uwagi na układ tkaniny w kadrze.

A.W.: Wasze działania to zawsze był długi proces. Od rozmów, przez próby. Proces powstawania, w tym wypadku układu fałd, był ważny. Chciałbym tylko wiedzieć, jak długo układaliście te tkaniny?

Świetlik: Jak narzucisz tkaninę na cokolwiek…

Makary: Nie na cokolwiek, na maszynę, to ona decydowała, jej forma.

Świetlik: Na maszynę, to zawsze mimowolnie poprawiasz. Poprawiasz, żeby przykryć w całości, ale to nie znaczy, że jest to szczególnie ważne. Nie róbmy z tego istoty działania.

A.W.: A czy Was interesuje to, co przykryliście? Istota? Przecież tych maszyn nie ma. Czy interesuje Was tylko samo powierzchowne przykrywanie? Zadajmy w końcu panom z Łodzi Kaliskiej pytanie, czy nie stali się estetyzującymi picusiami.

Świetlik (z wdziękiem do przechodzącej Pani Kelnerki): Przekierowujemy to pytanie do Pani.

Pani Kelnerka: Nie teraz.

Świetlik (odbierając telefon): Janiak sugeruje, żebyśmy z tą rozmową poczekali na niego.

K.C.: To co mamy robić?

Świetlik: Jeść, pić, lulki palić.

A.W.: Palmy lulki!

K.C.: Jak głośny ma być dźwięk?

Świetlik: Ma być dobrze słyszalny, a nawet denerwujący.

K.C.: Przecież dźwięk dziewiętnastowieczny był ogłuszający.

A.W.: Byłem świadkiem, jak panowie różnili się co do progu słyszalności. To może wynikać też z wieku.

Makary: Ja gorzej słyszę, więc najbardziej podkręcałem.

K.C.: Ponoć młodzież słyszy jeszcze gorzej.

Świetlik: Na młodzież bym nie liczył. Na tej wystawie nie będzie gołych kobiet, a więc młodzież może czuć się zawiedziona.

Makary: Nie przesadzaj.

K.C.: Męska młodzież.

Świetlik: Jeśli wcześniej za dużo nie zdradzimy, to przyjdą, licząc na to co zawsze. I tra?ą na wystawę edukacyjną.

A.W.: Z dźwiękiem.

Makary: Będą mieli okazję sprawdzić swój słuch.

Świetlik: Moglibyśmy zrobić jedną maszynę w formie kobiety.

Makary: Zwróć uwagę, że maszyna jest kobietą.

K.C.: Feministki narzekają, że odwrotnie.

A.W.: To skandal, taki brak skandalu na Waszej wystawie.

Scena II

(Wszyscy rozmawiają żywo, po polsku).

K.C.: Skoro jesteśmy przy historii sztuki i tkaninach. Na kogo jeszcze można by narzucić ten sam pokrowiec oblekający Wasze Maszyny drżące? Kto się tkaninami w taki sposób posługiwał? Michelangelo Pistoletto zarzucał małe szmatki, całe sterty ubrań niemal przykrywające antyczne rzeźby. Magdalena Abakanowicz sporo utwardzonych na czymś tkanin zrobiła.

Makary: To byli ludzie, nie maszyny.

K.C.: A wcześniej te wielkie kokony, abakany. Domyślacie się, co mogło być w środku?

Świetlik: Nie mam pojęcia. Ona dziergała, nie przykrywała. To zupełnie co innego, zupełnie inny kontekst.

K.C.: Bladotrupia upiorność bezdusznej historii sztuki, akademickiej, nieżywej pamięci polega na tym, że po latach kontekst się ulatnia, a zostaje przykurzona utwardzona tkanina antykurzowa. Zostaje forma i zestawia się ją z podobnymi formami i materiami.

Makary: Jeszcze Christo sporo rzeczy przykrył.

K.C.: Rzeczywiście i też raczej w jednym zdecydowanym kolorze pokrowce wybierał.

A.W.: Kiepsko sobie z historią sztuki radzisz. Naciągasz na siłę. Wielu nakrywało co chwila, magazyny muzealne pełne są zakurzonych ambalaży. A Łódź Kaliska do tej pory przykryła tylko raz. Raczej znani są z tego, że odkrywali.

K.C.: Przepraszam, podobno kiedyś już coś znienacka narzucili, na ulicy w Darłowie nie wiadomo po co…

Makary i Świetlik (chórem): W celu walenia po dupach!

K.C.: Strach iść na wernisaż, skoro wciąż pamiętają. Zaczną od maszyn, a wiadomo jak się skończy…

Scena III

A.W.: Wydaje mi się, że Wasze działania zawsze wynikały z jakiegoś kryzysu, z niezgody na sytuację.

Świetlik: Dla mnie przyczyną kryzysu jest nieobecność Janiaka.

Makary: Nie w tym rzecz…

Świetlik: Nie chodzi o tu i teraz. My się spotykamy, żeby coś robić na rzecz Łodzi Kaliskiej, popołudniami nawet, a on odszedł na urząd.

K.C.: Jako naiwny widz chciałem zadać pytanie. Czy to jest wystawa Łodzi Kaliskiej, czy wystawa Architekta Miasta Łodzi?

Świetlik: Pan szanowny nie jest naiwnym widzem.

K.C.: Czy Łódź Kaliska nie jest przybudówką do problemów architekta miasta, które ma się ponoć nie najlepiej?

Makary: Ten projekt powstał, zanim Marek Janiak odszedł na urząd.

Świetlik: Trochę się tego obawiamy. Marek się tego bardzo boi.

A.W.: Zawsze staraliście się szukać pozytywnych, wręcz radosnych sposobów poradzenia sobie z kryzysem. Ta wystawa chyba radosna nie jest?

Świetlik: Tu bym się nie zgodził. Popatrz, jakie piękne te fałdki.

K.C.: Łódź Kaliska powstała na skutek kryzysu. Jakby Was nie wywalili z tego pleneru w 1979, to by Was nie było.

Makary: To prawda.

(Wchodzi Marek Janiak.)

Janiak: Dzień dobry!

K.C.: No to teraz kryzys murowany.

A.W.: Od razu chciałem zapytać, jak to się skończy? Jaki będzie koniec?

Janiak: Koniec czego? Świata? Miasta?

A.W.: Koniec Łodzi Kaliskiej. Jednak miasto ważniejsze!

Makary: Podpuściliście go.

A.W.: Rozmawiamy o kolejnym kryzysie Łodzi Kaliskiej.

Janiak: Przepraszam, a nie lepiej i bardziej na czasie byłoby porozmawiać o kryzysie Łodzi Fabrycznej?

K.C.: A dali byście radę to czymś przykryć?

Makary: To chyba jednak raczej Christo byłby potrzebny.

Janiak: Uważam, że to genialny pomysł. Jakbyśmy spowodowali jakiś gigantyczny kryzys wszystkiego. Najlepiej Europy, albo jeszcze lepiej kuli ziemskiej, to byłoby to działanie awangardowe na obszarze sztuki imponujące.

K.C.: Dlatego zawsze chciałem zrobić wystawę Leszka Balcerowicza w Atlasie Sztuki.

Janiak: Na ekonomii się nie znam, ale bardziej jestem skłonny go szanować, niż wierzyć tym, którzy go krytykują.

K.C.: Jak bym nie szanował, nie proponowałbym wystawy. Szczególnie w mieście Łodzi.

A.W.: Jaka jest różnica między kryzysem państwa a kryzysem miasta?

Janiak: Kryzys państwa przekłada się na kryzys miast w tym państwie. Każdy kryzys Polski natychmiast odbija się na Łodzi, którą się doi.

K.C.: Doszliśmy do przekonania, że jest to wystawa architekta miasta raczej, niż Łodzi Kaliskiej.

Janiak: Przepraszam, wielokrotnie podkreślałem, że nie ma to nic wspólnego. Jedyny związek jest taki, że jako artysta z kręgu Łodzi Kaliskiej, wspólne z kolegami robiący, równocześnie jestem wielbicielem Łodzi jako struktury miejskiej. Mówię o strukturze architektoniczno-urbanistycznej, mniej społecznej. Dlatego byłem przychylny tej wystawie, chociaż uważam, że na polu sztuki zbliża się ona w sposób groźny do publicystyki. Zawsze dbałem o to, żeby poziom uogólnienia był widoczny, żeby nie była to tylko wystawa publicystyczna dotycząca tego miasta. Chociaż, tak czy owak w znacznej mierze jest.

K.C.: To może być trudne. Pojedziecie gdzieś w świat szeroki, do Marsylii choćby, jak ostatnio i trzeba będzie przy wejściu zrobić świetlicową gazetę objaśniającą, że „Lodz” jest to miasto w środku Europy Wschodniej pełne drżących maszyn. Dopóki w Waszej sztuce nieprzesadnie przykrywaliście piersi, żadne tego typu objaśnienia nie były potrzebne. Miasto i jego anatomia jest o wiele bardziej lokalna, niż anatomia człowieka.

Janiak: To nie jest problem lokalny, ale problem tej części Europy, pokomunistycznej. Kraje, które nie były skaleczone bolszewizmem, z wypaczeniem wszelkich systemów wartości, przecięciem systemów rozwojowych na ponad pięćdziesiąt lat nie są w stanie zrozumieć, w którym miejscu świadomości kulturowej się znajdujemy.

A.W.: Nawet ci, którzy mają za sobą Rewolucję Francuską?

Janiak: Tak, bo ta rewolucja nie przecięła struktur ciągłości. Struktury władzy ewoluowały tam dość powolnie, a rewolucja bolszewicka ścięła wszystko. Ale wróćmy do Łodzi. Stało się coś potwornego. Miasto, które rozwijało się w XIX wieku w takim samym, a nawet szybszym tempie niż wiele miast europejskich, przegoniło swój czas. W pięćdziesiąt lat powstało gigantyczne miasto, jak w Stanach Zjednoczonych. Tylko Chicago miało podobne tempo rozwoju. Nagle gdzieś na końcu świata była Ameryka. Po drugiej wojnie światowej skazano je na śmierć. Do Łodzi napłynęli ludzie nie z innego miasta, jak to miało miejsce np. we Wrocławiu, ale ludzie ze wsi, którzy nie rozumieli, bali się miasta. Retoryka komunistyczna wciąż im powtarzała: to jest ohydne kapitalistyczne miasto, gdzie dzieci chorują na małych, zapluskwionych podwórkach, my zbudujemy piękne osiedla. I zbudowali miasta z wielkiej płyty. Bez duszy, ale za to z kuchnią i łazienką…

Świetlik: Mówiłeś o tym już dziś w telewizji?

Janiak: Mniej więcej. W czasie dyskusji w telewizji jeden z młodych reżyserów powiedział, że Łódź została ukształtowana przez wyzysk kapitalistów. Retoryka z czasów Gomułki i Gierka, nie mogłem w to uwierzyć! Mówi to człowiek w 2013 roku, gdy w ten sam sposób została ukształtowana większość normalnych miast europejskich: Paryż, Barcelona, Wiedeń.

A.W.: Jako architekt miasta wybudujesz nam miasto cudowne.

Janiak: Nie chcę budować żadnego miasta cudownego. Chcę, żeby to miasto nie rozsypało się, nie zginęło. To jest trwonienie dorobku poprzednich pokoleń…

Świetlik: Jestem wzruszony…

Janiak: I o tym jest ta wystawa. O przemijaniu, o głupocie niszczenia tego, co się ma za darmo. O nieszanowaniu dorobku innych, o nonszalancji, o małości, o społecznym dziadostwie, które niszczy wszystko w sposób systemowy!

K.C.: Udzieliło mi się wzruszenie. Łódź Kaliska, którą latami pomawiano o chuligaństwo i lekceważenie norm społecznych, broni wartości.

Janiak: Zawsze broniliśmy wartości! Szczerości, uczciwości, postępowania w zgodzie z własnym sumieniem. Kopaliśmy fałsz społeczny, fałsz w środowisku artystycznym. Dlatego nas znielubili. Mówiliśmy: ale kłamiecie, ale jesteście do dupy, ale jesteście beztalenciami! Zawsze broniliśmy wolności, kreatywności, i teraz mówimy o tym samym.

Scena IV

K.C.: Panowie proponuję skok w bok. Na chwilę odpocznijmy od tego miasta. W którą stronę od tych Waszych płócien na drżących maszynach udrapowanych pójdziemy? W stronę Mickiewicza,w stronę chuligaństwa?

Makary: Do Mickiewicza, tam więcej tramwajów jeździ…

Janiak: Do chuligaństwa? Nie ma takiego wątku w tych płótnach.

K.C.: Wydaje mi się, że prawdziwy wieszcz bywa chuliganem, a czasem i odwrotnie…

Janiak: Nie wydaje mi się, widziałem chuliganów na stadionie i nie sądzę, żeby coś wieszczyli.

K.C.: Refe-ren-dum!

Janiak: Mickiewicz to w ogóle był walnięty facet. Pewne numery w jego wykonaniu podobają się mi. Żył pełnią życia.

K.C.: Wygląda na to, że wciąż macie panowie zadawniony problem licealny z lat sześćdziesiątych. W wielu swoich manifestach, odezwach i odach stale rzucacie się na literaturę XIX wieku, jakby wyrządziła wam bolesną krzywdę. A równocześnie niektórzy z Was deklarują zachwyt dla architektury tego czasu.

Świetlik: Chodzi o pierwszą połowę XIX wieku.

K.C.: Może lekko też o drugą.

Janiak: A skąd. Druga połowa była kreatywna. Kreatywny kapitalizm. A pierwsza, to był mędzący romantyzm!

K.C.: Piszecie w odezwach: „Jakie to pociągające mieć w dupie Mickiewicza razem ze Słowackim”. Moglibyście rozwinąć, dlaczego to jest takie pociągające? Po tylu latach od matury. Co Wy macie do tego romantyzmu? I to teraz, kiedy picujecie tysiąc białych fałdek, podbite mocnym dźwiękiem, dołem pustka. Zaduma nad upadającym miastem w powłóczystym rozkwicie! Skoro nie pijemy, czytajmy poezję. Pozwólcie krótki fragment, znów się wzruszycie:

"Ścigać myśli po przeszłych obrazach
Błądzące jako pasożytne ziele
Które śród gmachu starego po głazach
Rozpierzchłe gałązki ściele".


To zakończenie Upiora Mickiewicza, ale kiedy patrzę na spreparowaną przez Panów mapę, to patrzę przecież na „przeszłe obrazy głazów starego gmachu”. A udrapowane przez Panów fałdeczki drżą leciutko jako ziele.

Janiak: Ciele! Ciele, czyli chodzi o wieś, a nas nie interesuje wieś, tylko miasto.

A.W.: O progu słyszalności już chyba dziś mówiliśmy…

Makary: W mieście gorzej słychać.

Świetlik: Mówiliśmy też, że fałdeczki nas nie interesują.

K.C.: Choćby z powodu wyglądu tych sześciu pokrowców na drżących maszynach ta wystawa jest romantyczna.

Janiak: Tu bym się nie zgodził. Ta wystawa jest konceptualna, logiczna, a nie romantyczna. Romantyzm był emocjonalny.

Świetlik: I histeryczny.

Janiak: Czy jest na tej wystawie gdzieś Świtezianka albo Wernyhora?

K.C.: Te białe pokrowce niedaleko wiszą od duchów drżących. Wystawa jest funeralna, trochę opłakująca, estetyzująca, ładna po prostu. Będziecie mieli nowy okres jako Łódź Kaliska, bo w żaden sposób nie da się tego zmieścić w New Pop. Gdzie ta energia, gdzie to działanie? Albo dur albo moll.

Janiak: Dobry artysta wyciągnie osiem oktaw.

K.C.: Ale na wesoło, albo na smutno.

A.W.: Mimo wszystko wystawa pachnie cmentarzem. W hołdzie, dostaniecie kwiaty na wernisażu…

Janiak: E, no chyba nie, kto ma dawać kwiaty?

Świetlik: Dziewczynki w bieli.

Makary: Świtezianki.

K.C.: A zamiast wiejskiego Chochoła przyjdzie Wernyhora. W zakończeniu tekstu towarzyszącego wystawie Łódź Kaliska i Marek Janiak piszą, że wystawa jest opowieścią o: „chamstwie społecznym, o zbiorowym chamie, który gubi złoty róg i nawet tego nie zauważa, o wyścigu z czasem, który przegrywa miasto pożerane przez nonszalancję i zaniedbanie, opowieść o dzieciach, które zamiast pomnażać niszczą dorobek rodziców…”, wzruszające…

Janiak: Chciałem zauważyć, że to nie jest romantyczne…

A.W.: Bo nie ma rymu.

Janiak: To jest pozytywistyczne.

A. W.: To wygląda na fraszkę.

Makary: Na ?aszkę. To taka nowa, krótka forma, pracujemy nad tym.

K.C.: „Maszyny drżące to opowieść o odchodzeniu bez powracania”.

Świetlik: Maria Konopnicka?

K.C.: Też na M, ale Marek Janiak i Łódź Kaliska.

A.W.: Czy moglibyśmy spiąć tę rozmowę słowem Łódź. Wy dodaliście Kaliska, ale dla mnie ta wystawa jest dość ważna, bo dotyczy Łodzi.

K.C.: I po odpoczynku…

Janiak: Wiesz, my jesteśmy z Łodzi, Andrzej Świetlik tu wciąż przyjeżdża, bo jest z Warszawy…

Świetlik: Ze Złotowa jestem.

Janiak: I odezwała się w nas macierz, ale ponieważ jesteśmy facetami, proszę napisać tacierz.

A.W.: Ta wystawa jest bardzo łódzka, bardzo wzruszająca. Jesteśmy dumni, że architekt miasta…

Janiak: Kolejny raz chciałem nadmienić, że zbieżność między tym, że jestem architektem miasta a wystawą nie jest zamierzona. Wystawa została wymyślona zanim ja zostałem urzędnikiem.

A.W.: Nigdy nie czułeś potrzeby bycia urzędnikiem.

Janiak: Nie czułem. Czułem za to potrzebę zrobienia tej wystawy, ale dość powściągliwą. To Andrzej parł do niej najbardziej. To przez Świetlika, Rzepa z Krakowa go poparł, ja byłem w mniejszości.

K.C.: A jak byście robili taką wystawę dla Krakowa, to co by było przykryte, przecież nie maszyny? Nagrobki królewskie?

Świetlik: Rzepa.

Janiak: Może Skrzynecki.

A.W.: Jednym z większych łódzkich poetów był bezsprzecznie Rajmund Rembieliński. Rozumiem, że dla was Rembieliński to…

Świetlik: To nazwa ulicy…

Janiak: Nie, Rembieliński to superfacet, dużo zrobił dla Łodzi.

A.W.: Jako poeta?

Janiak: Nie, jako urzędnik.

K.C.: Urzędnik, który zrobił dużo dla Łodzi! Romantycy by lepiej nie wymyślili. Wątek robi się tak absurdalny, że go chyba utniemy.

Część III, Scena II

(po długim milczeniu)

Janiak: Na początku były zdjęcia z lotu ptaka miejsc po wyburzonych zespołach fabrycznych. Po wymyśleniu tkanin kryjących nieobecne maszyny została podjęta decyzja, że pojedyncze fragmenciki z wyburzonymi fabrykami, traktowane ? jak chciał Świetlik ? w kategoriach wyłącznie estetycznych, nie oddają skali problemu. I wtedy wyłoniła się koncepcja pokazania dużego fragmentu centrum Łodzi, w takiej formie, w jakiej będzie na wystawie.

Nierozpoznany głos: To się robi w Photoshopie?

Janiak: Zależy o czym mówimy. Jeśli o naszej ortofotomapie z apokaliptyczną wizją celu, do którego dąży społeczeństwo tego miasta, to się robi w Photoshopie. Teraz bardzo łatwe jest spowodowanie zniknięcia, bądź pojawienia się czegoś na fotogra?i. To nie jest wizja żadnego miasta. To jest lekko wyostrzone pokazanie stosunku obywateli tego miasta do samych siebie. Taki mają system wartości. Jakby wszystko przestało istnieć, to większości to specjalnie nie wzruszy. To jest de?nicja świadomości mieszkańców Łodzi, de?nicja ich stosunku do tkanki zabytkowej.

Nierozpoznany głos: Wzruszony jestem wiarą pana profesora, że kształt miasta zależy od świadomości jego mieszkańców.

Janiak: W ogromnej mierze tak.

Nierozpoznany głos: Jako urzędujący urzędnik powinien Pan wiedzieć, że to tak bezpośrednio nie ma ze sobą związku. Mechanizmy podejmowania decyzji są mocno oderwane od świadomości mieszkańców.

Janiak: Absolutnie się z tym nie zgadzam.

Nierozpoznany głos: Wola ludu kształtuje miasta?

Janiak: Uważam, że praźródłem jest wyłącznie świadomość mieszkańców. Po pierwsze jako głos społeczny w demokracji mogliby wpływać na decyzje. I to co się dzieje. Po drugie, część z nich uczestniczy w tych procesach. Są wśród nich ludzie, którzy wykupili fabryki i dokonali ich wyburzenia. Po trzecie ? elity polityczne i intelektualne, które podejmują decyzje wywodzą się z tego społeczeństwa. Mają taką świadomość jak naród. Dlatego świadomość narodu kształtuje miasta. Te elity poza szczytnymi wyjątkami powiedziałbym niespecjalnie dążą do tego żeby wzbogacać swoją świadomość, czy też uczyć się. Bardzo często tkwią przy swoich poglądach. Poza tym bardzo niewiele się robi, w zakresie edukacji społeczeństwa. To jest najważniejszy obszar, przynajmniej od 1990 roku. Jest to robione w minimalnym zakresie, albo w ogóle. To dotyczy też prasy, mediów. Wiemy jaki jest poziom dziennikarstwa ? bardziej sensacja niż edukacja.

Nierozpoznany głos: Łódź Kaliska długo rozważała problem: kultura czy natura? Prywatnie na co byś stawiał?

Janiak: Uważam, że natura jest przyczyną kultury. Pewne zjawiska w kulturze wynikają z atawizmów, szczególnie w polityce i tam gdzie chodzi o rywalizację. Człowiek ma cechy osobowościowe wynikające z ewolucji.

Nierozpoznany głos: Pytam, bo nie rozumiem, dlaczego akurat taki nieciekawy moment w dziejach miasta chcecie pokazać. Może trzeba było przy pomocy Photoshopa pokazać jak idyllicznie będzie wyglądało centrum miasta za lat dwieście, kiedy zazieleni się tu na nowo Puszcza Łódzka.

Janiak: Rozumiem ?luterność tego pytania…

Nierozpoznany głos: Nie o ?luterność, ale o nieuchronność chodzi. Pewnych procesów być może się nie da powstrzymać.

Janiak: To jest absolutnie ?luterne. Wszystkie intuicje i badania wskazują, na to, że ilość ludzi na kuli ziemskiej się zwiększa coraz szybciej, następuje degradacja środowiska. Rozsądność energetyczna w anektowaniu środowiska nakazuje dużą dyscyplinę urbanistyczną. Raczej skupianie się. Im większe zagęszczenie tym większa szansa na przetrwanie struktur i w ogóle gatunku. Zarówno w dłuższej perspektywie, gdy zastanawiamy się, czy ludzkość przetrwa, jak w krótszej, kiedy zastanawiamy się, czy ekonomicznie pewne struktury wytrzymają, czy zamienią się w gehennę kryzysu, powszechnego głodu, czy jeszcze gorszego nieszczęścia. W tej chwili wiadomo, że trzeba zachowywać się rozsądnie. Teorie zrównoważonego rozwoju mówią, że trzeba przestać pożerać i zacząć wykorzystywać to, co już jest, zachowywać się oszczędniej. W odniesieniu do urbanizacji oznacza to, że miasta się obronią jako najbardziej zagęszczone struktury. Prawdopodobnie z punktu widzenia bezpieczeństwa społecznego, energetycznego będą miejscami o największej szansie na przetrwanie. Jak stado: kiedy się skupi, to z zimna umrze tylko część, a jak się rozproszy ? umrze całe.

Nierozpoznany głos: Problem w tym, że jako gatunek kierujemy się co najmniej jednym jeszcze czynnikiem decydującym o skupianiu się w stadzie. Co prawda w stadzie się wolniej zamarza, ale w środku smród jest taki, że trudno wytrzymać.

Janiak: To jest kwestia wyboru, czy umrzeć na świeżym powietrzu, czy walczyć, ze smrodem, ale jednak przetrwać. Uważam, że kolejny atawizm, czyli chęć przetrwania zdecyduje o wykluczeniu receptorów węchowych i tyle.

Nierozpoznany głos: To jest jakiś optymistyczny wybór przed nami.

Janiak: Dotknąłeś niechcący w tej ?luternej konstrukcji ważnej rzeczy, mianowicie jeżeli społeczeństwo Łodzi dalej będzie zachowywać się egoistycznie, lekko niepoważnie, to zacznie się samo unicestwiać. I to się już dzieje. Niewykluczone jest, że to miasto przegra wyścig z czasem. I wizja z tego ponurego zdjęcia się ziści. Wtedy społeczeństwo stanie przed kolosalnym problemem. Czy wynieść się stąd i niech dżungla wszystko zarośnie, czy zgodzić się na permanentne ryzyko życia w strukturze półdzikiej. Takie sygnały już płyną choćby ze strony Detroit, gdzie pewne rejony miasta są wyłączone z funkcjonowania, bo tam panuje dzicz. To jest bogate społeczeństwo, a my jesteśmy społeczeństwem biednym. Tu dzicz szybciej wypełni wszytko i na pewno będzie bardziej chaotyczna.

Nierozpoznany głos: Nie wydaje Ci się, że walczysz po stronie tych, którzy mówią, podtrzymujmy życie, podtrzymujmy, co prawda nie ma świadomości, ale może kiedyś wróci. Nie ma powodów ekonomicznych, które ukształtowały to miasto. Nie ma ono ekonomicznej racji bytu, ale podtrzymujmy jego formę. Czy to jest racjonalne, czy nie wynika z atawistycznego strachu przed zmianą? Trzeba być głęboko wierzącym, w to, że życie wróci i utrzyma się tu w sposób naturalny, bez nieustannej reanimacji.

Janiak: To wadliwa retoryka. Bezpośrednie powody powstania miasta zniknęły. Natomiast ich miejsce zajęły inne powody. Nie jest tak, że pojawiała się kompletna pustka. Nie jest już tak, że organizm miasta może przeżyć tak jak kiedyś wyłącznie z powodu przemysłu. Dziś wystarczają inne powody.

Nierozpoznany głos: Dzisiejsze życie takich wielkich miast, ich skala, lokacja czy raczej położenie przypomina tętniące życiem procesy próchnicowe w wielkiej przewróconej kłodzie. Życie się toczy, a równocześnie toczy tkankę miasta. W Łodzi próchnica zaczyna się od skrzyżowań, coraz więcej jest takich tylko z jednym lub dwoma zabudowanymi rogami.

Janiak: Gdyby naprawdę tak było, to procesy patologizacji i umierania miasta byłyby znacznie większe niż są. Nie ja jestem od oceniania takich zależności społeczno-ekonomicznych i badania ich. Myślę, że nie może być tak czarno, bo to w znacznej części nadal nieźle się ma. Przemysł lekki przeniósł się w pewnym momencie do małych zakładów i dalej produkował bardzo dużo. To poprzez Tuszyn tra?ało do Rosji. Co prawda też już się skończyło. Mało kto wie, ale nadal są tu potężne ?rmy produkujące przędzę, która jest wysyłana do Chin. Na pewno nie jest tak, że wszystkie soki życiodajne stąd odpłynęły. To jest nieprawda. Trudno stwierdzić, ile ich zostało i czy tętnice i żyły mogą się poszerzyć, czy będą usychać, ale jesteśmy w innym momencie. Porównywanie do historii jest mało przydatne i nic nie wnosi. Nie ma dla mnie znaczenia z jakich powodów powstało to miasto, jakie społeczności je wzniosły. Bo tych społeczności nie ma. Powodów nie ma. Roztrząsanie tego jest bez sensu. Jest miasto. Zostało nam dane za darmo. To jest ogromy kapitał. Masa energii wsadzonej w powstanie tego wszystkiego. To jest produkt, który istnieje. Cała sztuka polega na tym, żeby nie roztrwonić tego. Roztrwonienie tego jest potężną głupotą. A ja nienawidzę głupoty. Nie walczę natchniony jakąś misją ratowania czegoś według ustalonej hierarchii wartości. Po prostu wkurza mnie głupota. Głupota, która marnuje energię, niszczy piękne rzeczy, czyni życie pozbawionym sensu. Poważnie zadaję sobie pytanie, jak się skończy ten wyścig z czasem. Czy to społeczeństwo zdoła uratować to, co jest bazą jego istnienia tutaj? Czy też nadal będzie się tak zachowywało, jak do tej pory i kiedyś przyszłe pokolenia historyków, za dwieście lat usiądą i powiedzą: to jest niewyobrażalne, jaki musiał tu żyć głupi naród, który do tego doprowadził. Boję się takiego końca.

Nierozpoznany głos: Chcę zapytać o wyraźną sprzeczność. Sprzeczności w dziele sztuki są fascynujące i warto je rozdrapywać. To co pokazujecie, apeluje do rozsądku. Szczytem tego rozsądku ma być nie budowanie nowego, ale przede wszystkim wykorzystywania tego, co już jest. A apokaliptyczny wygląd Wasza ortofotomapa zawdzięcza pokazaniu centrum, w którym nikt niczego nie dołożył.

Janiak: Teraz ujawniła się Twoja niewiedza z zakresu urbanistyki i architektury. Otóż wykorzystanie tego co jest, polega nie tylko na wykorzystaniu samych budynków, ale mądrym wykorzystaniu przestrzeni pomiędzy nimi. Chodzi o układ drogowy, instalacje. Gdyby po 1945 roku tych rzeczy było w centrum więcej, to oznaczałoby to rozsądne wykorzystanie i rozwój tego co jest. To miasto tak naprawdę w wielu fragmentach centrum było i teraz tym bardziej jest ? bo się rozsypuje ? niedokończonym miastem. Błąd w latach sześćdziesiątych polegał na tym, że nie uzupełniono struktury centrum, tylko zaczęto budować odrębne miasta – osiedla z wielkiej płyty ? daleko od niego. Gdybyśmy zobaczyli taką mapę całego miasta, to wyglądała by ona tak: puste centrum i masa nowych osiedli na obrzeżach.

Nierozpoznany głos: Tak wyglądają, z lotu ptaka, kolonie bakterii na szalkach laboratoryjnych. Od środka na zewnątrz.

Janiak: Myślę, że kolonie bakterii kierują się czymś innym niż skupiska ludzkie.

Nierozpoznany głos: Myślę, że oprócz dostępu do pożywki m.in. optymalizacją wykorzystania energii. Tak jest po prostu łatwiej.

Janiak: Tak, tak było łatwiej.

Nierozpoznany głos: Siła tej mapy polega na pokazaniu ogromnych obszarów pustki w centrum. Okazuje się, że po trzech pokoleniach mieszkańców nie został w nim żaden materialny ślad.

Janiak: Albo mizerny. W centrum zaczęto inwestować dopiero wtedy, gdy uwierzono, że uda się je zmienić na modłę socjalistyczną, czyli wybudować osiedle centralne, ale to się nie udało. Przeliczyli się.

Nierozpoznany głos: Może Łódź jest NRD w miniaturze. Są całe kraje, które się zapadają, pomimo kolosalnych środków jakie się dla ich ożywienia inwestuje. Ludzie tam po prostu nie mieszkają, być może z braku dostępu do pożywki.

Janiak: Jak porównuję Łódź z innymi miastami, to ona ma lepszą strukturę. Jest bardziej zwarta. Na skutek przypadku, rozwoju dziejowego ma w centrum zespoły fabryczne, które łatwo mogą przejąć inne funkcje, stając się biurami, centrami kultury, galeriami handlowymi czy parkingami. To nie rozpycha struktury. Nie ma problemu czy budować nowe centrum w dawnej kopalni dziesięć kilometrów od centrum i czy ludzie tam dojadą czy nie. Wszystko może być w centrum. Mamy ogromne szczęście. Łódź w jakiś przedziwny sposób nie potra? tego zdyskontować, i to jest straszne.

Nierozpoznany głos: Porozmawiajmy o sztuce, bo za chwilę trudno będzie kogokolwiek przekonać, że to nie jest wystawa architekta miasta. Tyle się teraz przecież dzieje. Zaobserwowałeś coś godnego zapamiętania w sztuce? Jacyś młodzi?

Janiak: Nie czuję oddechu na swoich plecach. To mnie trochę przeraża, nie ma żadnej propozycji młodego pokolenia, która byłaby poważna. To najczęściej jest przemielanie wszystkiego. Wyważanie dawno otwartych drzwi. A to co było, jest prezentowane w taki sposób, że młodzi nawet nie mają ochoty do tego sięgnąć.

Nierozpoznany głos: Tak jak Wy nie macie ochoty czytać romantyków. To chyba normalne.

Janiak: Ja jednak tych romantyków przeczytałem kiedyś. Jest dramat zaśnięcia tych pokoleń najmłodszych. Względny dobrobyt, jaki zaistniał, nie jest na takim poziomie, żeby zaistniał bunt przeciw dobrobytowi.

Nierozpoznany głos: Jako dzieci kryzysu gniewnie żądaliście większych cyców za mniejsze pieniądze, a oni je po prostu mają. Sytuacja błogosławiona, ale nie wiedzieć czemu niefajna.

Janiak: Stykam się też z młodzieżą na uczelni i też jestem lekko przerażony. Nigdy nie było tak, że ci z potrzebą, żeby tworzyć sens swojego życia ze wszystkiego co jest dookoła, byli większością…

Nierozpoznany głos: Zawsze mówi się do kilku osób, niezależnie od wielkości sali.

Janiak: Tak, ale dziś nie dostrzegam tych kilku osób.

Nierozpoznany głos: Bo wzrok już nie ten. Mówmy o sztuce, studenci to temat prawie jak miasto, nie warto się w to angażować. Dopóki na odciętych od „prawdziwego świata” różnego rodzaju strychach w latach osiemdziesiątych XX wieku uprawiano kolektywnie mędzący romantyzm.

Janiak: O przepraszam, to był absolutnie wesoły pop-art, a nie romantyzm.

Nierozpoznany głos: Uczestnikom tamtego życia wydawało się to ważne, miało to zapamiętywaną formę od czasu do czasu. Teraz jesteśmy częścią wielkiego wesołego rynku sztuki, i co? Proszę wymienić chociaż dwa nazwiska warte zapamiętania. Za chwilę wyjdzie na jaw, że jak przyjdzie co do czego, to pan profesor mędzi okrutnie i pesymistycznie.

Janiak: Z czego się to bierze?

Nierozpoznany głos: Może jednak sytuacja pewnej opresji, odcięcia, braku większych cyców za mniejsze pieniądze sprzyja…

Janiak: Uważasz, że nieszczęście w romantyzmie jest motorem sztuki? Jakiś rodzaj ciśnienia? W tamtym czasie sztuka była realnym polem wolności dla małych grup. Nawet komuna pozwalała na to, żeby tam istniała wolność. Oczywiście, jak zaczynała się rozrastać, to ją dławiono. Walka polityczna, to już nie jest wolność. Teraz mamy niby wszechobecną wolność, która nie jest żadną wolnością, tylko opresją korporacyjno-ekonomiczną. Ona ma w sobie niesłychanie podstępną cechę, której ulega młodsze pokolenie. Otóż ta opresja zaspokaja w stu procentach głód małych potrzeb, małego szczęścia. Można wyjechać, można kupić, można obejrzeć za frajer. Zaspokojenie małych potrzeb zniewala ludzi do tego stopnia, ze zapominają o swoich głębszych potrzebach, o których zawsze marzył romantyzm…

Nierozpoznany głos: i Łódź Kaliska też.

Janiak: Zapominają o wolności pełnej. To jest bardzo sprytny system. Być może małe przyjemności wystarczają. Zaspokajamy ?zjologię, po pachy, powiedziałbym, w sposób, o jakim nie śniło się ?zjologom. Na tym polega zwodniczość sytuacji, że sprowadza ludzi do roli konsumentów i producentów tych najprostszych, dziecięco-aktywistycznych potrzeb. W sztuce światowej też nie ma propozycji, które zapierałyby dech. To wszystko jest miałkie. Jak ogląda się to, co świat ambitnej fotogra?i tworzy, to w siedemdziesięciu procentach jest to koszmarna socjologia, która posługuje się od trzydziestu lat tym samym sposobem oglądu. Tym samym szukaniem kulawych, starych i wyalienowanych. Bezsens. Najpiękniejsze w fotogra?i jest według mnie to, co wyrosło z konceptualizmu. Nadal jest piękna fotogra?a komercyjna, mody. Ona jest bliska poetyce pop-artu, blisko estetyki produktu. Wszystko specjalnie wyhodowane, łącznie z modelkami. To jest optymistyczny świat, i on jest piękny. Być może tu należy szukać wartości sztuki. Być może sztuki nie należy szukać w obszarze misji ukazywania zagrożeń, walki, może przeniosła się ona do obszaru zaspokajania konsumpcji i wokół tego krąży. Być może pop-art w swojej a?rmacji piękna plastikowego, stworzonego przez człowieka, niezgodnego z modelem antyczno-renesansowym, z boskim, wyidealizowanym pięknem okazał się bardziej proroczy niż nam się wydaje. Pop-art zauważył człowieka jako istotę, która lubi konsumować, umie zorganizować konsumpcję. Dla której tworzenie sztucznego świata jest ważne. Małpa nie potra? stworzyć sztucznego świata, człowiek potra?. Uważam, że jest sporo dobrej sztuki, ale nie tam, gdzie jej szukamy. I jak na sztukę łoży ministerstwo, to jest to marnowanie pieniędzy, bo ministerstwo zawsze daje na sztukę mędząco-cierpiącą. A jej trzeba zabrać, niech zdechnie! I dać takiej, która jest po prostu piękna. Myślę, że źle szukamy tego, co ważne.

Nierozpoznany głos: Czy Łódź Kaliska ma jakieś przeczucie lub potrzebę własnego końca?

Janiak: Nie. To człowieka wprowadza w zły nastrój. Myślę, że nikt o tym nie myśli w Łodzi Kaliskiej. Nie myślimy nad mauzoleum. W sumie to już mauzoleum niechcący zrobiliśmy. Jest instalacja Czysta sztuka w kiblu, w Muzeum Sztuki. To jest dzieło sztuki prawnie strzeżone. Muzeum jest zobowiązane do konserwacji i odtworzenia, gdyby się coś stało. To już mamy mauzoleum. Genialne jest, że jest ono w kiblu, w pałacu. Nawet jest lekko w piwnicy, czyli niemal kruchta. To sztuka fundamentalna. W Ermitażu i Luwrze sztuka będąca fundamentem tego wszystkiego co później jest właśnie w piwnicy. My też tam już jesteśmy.














© ATLAS SZTUKI